09 Grudzień, 2016

  • Instagram

Ariana Grande – Dangerous woman

Ariana-Grande-Dangerous-Woman-Deluxe-2016

 

 

 

Okładka krzyczy do nas prostym przekazem: „Jeśli szukasz bezwstydnej młódki, która spełni twoje wszystkie fantazje (o ile orbitują one wokół kiepskiego porno rodem z Czechosłowacji), a do tego ma bardzo głęboki… wokal – to płyta właśnie dla Ciebie!”

Jest to przekaz o tyle prostacki, co krzywdzący, ponieważ kiedy umieścimy płytę w otworze (sic!) naszego odtwarzacza, doznamy małego orgazmu. O ile jesteśmy fanami popu. I Mariah Carey. I Christiny Aguilery. I trochę też Ariany Grande, ale jej to już niekoniecznie.

Arianę Grande kojarzy zapewne każdy. Skąd takie przypuszczenie? Ponieważ jej poprzedni album pokrył się w naszym kraju platyną, więc statystycznie co drugi Polak ma ten krążek w domu.             Zapewne są to Wasze dziewczyny.

Przyznam się, że ja również mam go na swojej półce i byłem tym odkryciem bardzo zaskoczony. Skąd się tam wziął? Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie dostałem go na urodziny od znajomych, zgodnie z zasadą, według ktorej dostaję prezenty, mianowicie „podaruj mi płytę wykonawcy, którego TY uwielbiasz, żebym i ja miał okazję poszerzyć swoje muzyczne horyzonty”.

Tamtą płytę mam, na pewno ją przesłuchałem, ale zabijcie mnie, nie pamiętam jej tytułu. Z „Dangerous woman” nie będę miał takiego problemu. Dlaczego? Bo jest naprawdę dobra, i mówię to ja – zatwardziały fan wszystkiego, co związane z dobrym gitarowym brzmieniem.

No to kim jest owa Ariana? To naprawdę urocze dziewczę, które na pierwszy rzut oka kojarzy się z Klubem Myszki Miki, którego „produkty” dzielą się na trzy kategorie: te, które wyszły na ludzi (vide Christina Aguilera), te które wyszły na ulicę (Miley Cyrus) i te, które wyszły i słuch po nich zaginął (Britney Spears).  A jaka jest Grande? Okładka mogłaby sugerować, że podąża za nieszczęsną Hannah Montanna, ale dla tej jest jeszcze nadzieja.

A to dlatego, że wbrew pozorom Ariana nie jest tylko pustą wydmuszką, jakich pełno w dzisiejszym show biznesie (Tylor Swift, patrzę na Ciebie), a do tego dysponuje naprawdę ciekawym i mocnym głosem. Do tego jej wokal jest na tyle elastyczny, że młoda gwiazdka mogła w jednym z amerykańskich show wykonać utwory takich sław jak Shakira, Whitney Houston czy Celine Dion i zrobiła to niemal lepiej od oryginałów.

Niestety, na „Dangerosu woman” nie dane nam jest samemu, na własne uszy, przekonać się o sile głosu Ariany, a to dlatego, że wokalistka postawiła na dość zachowawcze numery. Owszem, w kilku kawałkach możemy usłyszeć mocniejsze brzemiennie strun głosowych (zwłaszcza tych nastrojowych, balladowych), ale większość utworów oscyluje wokół lekkiego i przyjemnego popu oraz r’n’b. Fani gatunku od razu wyłapią główne inspiracje Grande. Mariah Carrey, Xtina Aguilera, Rihanna. I to mnie najbardziej irytowało na tym krążku. Co prawda „Dangerous woman” nie ma już takich infantylnych tekstów, jak na wcześniejszych płytach, ale brakuje mi oryginalności. Czegoś, przez co czułbym, że jest to właśnie taki album, jaki Ariana sobie zaplanowała. Od początku do końca. A tymczasem odnoszę wrażenie, że słucham kolejnego klona, który ma talent, ale boi się go ujawnić Światu, pokazać pazury, stanąć twarzą w twarz z krytyką, i dlatego tworzy utwory na wzór „bestów” swoich idoli.

Warto odnotować, że na ten album gwiazdka również zaprosiła kilkoro gości, z którymi wykonała część utworów. Tym razem gościnnie usłyszymy m.in. Nicky Minaj, Lil Wayne czy Macy Gray (moja fawortyka!).

Jedni twierdzą, że „jest to popowy album roku”. Inni zaś zarzucają Arianie brak oryginalności. Ja nie stanę po żadnej ze strony, ponieważ jest to album, który ma potencjał. Na pewno jest lepszy od poprzednich, czuć, że Grande powoli obiera kurs, na którym chciałaby się znaleźć, ale robi to dość nieśmiało (co kontrastuje z okładką). Dziewczyno, nie bój się. Masz potencjał, aby faktycznie stać się drugą Aguilerą. Ale tylko z własną twórczością.

A tym, których zniesmaczyła okładka „Dangerous woman” nie polecam filmu „Zoolander 2”, w którym mamy przyjemność podziwiać Arianę w tzw. full body catsuit od kudo latex;)

 

 

Dajcie tej płycie szansę.

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie