10 Grudzień, 2016

  • Instagram

Biffy Clyro – Ellipsis

CnvXBexWYAAa999

 

Patrząc na najnowsze modele różnych marek samochodów trudno odróżnić jeden od drugiego. Gdyby pozakrywać znaczki na przodzie maski, można by się pomylić co jest focusem, co BMW, a który to Evolution X. Serio. Dawniej projektanci mieli własne wizje, które prezentowali całemu światu i nie bali się reakcji potencjalnych klientów, bo wiedzieli, że indywidualizm jest w cenie i świadomy klient będzie chciał kupić coś co nie tylko wygląda agresywnie, ale też niepowtarzalnie.

Obecnie odchodzi się od tych praktyk, na rzec kalkomanii. Dostajemy to, co się podoba większości, zamiast wytyczać własne, nowe ścieżki, projektanci stawiają na utarte schematy, które się przyjęły. Bo niech – nie daj Boże! – design nowego modelu nie trafi w gusta klienta i co wtedy? Hajs się musi zgadzać. Smutne.

Dlaczego o tym wspominam? Bo ze współczesną muzyką jest podobnie. Już pomijam abominacje typu One Direction, Miley Cyrus etc, ale również widać pewną niepokojącą tendencję w gatunku najbliższemu memu sercu, czyli rockowi. Współczesny rock (i metal) zaczyna się robić coraz bardziej przystępny, niepotrzebnie złagodzony, ugłaskany. Słowo, które chodzi mi po głowie to mainstream. Oczywiście są wyjątki, które nie boją się iść naprzeciw popkulturze, niemniej przywykłem, że do recenzji dostaję gnioty, hucznie reklamowane jako „niesamowita mieszanka rocka i tego, czego sami nie potrafimy zdefiniować, ale na pewno się wam spodoba. Prawda? Spodoba?”

I nagle dostaję do rąk „Ellipsis” grupy Biffy Clyro.

Po raz pierwszy spotkałem się z nimi grając w DiRT2. Gra traktująca o wyścigach, rajdach terenowych i  x-games, mająca jeden z najlepszy OST ever. To właśnie tam trafił m.in. kawałek „Mountains” tej kapeli. Singiel znajduje się również na piątym albumie zespołu. Zgadza się, piątym.

Ponieważ Biffy ma za sobą już dwie „trylogie” long play’ów, a „Ellpisis” otwiera kolejną trylogię.

Album ten jest inny. Agresywny. Surowy. Bardzo osobisty. Pełen sprzeczności. Czyli zupełnie odmienny od tego, co obecnie jest na topie. Frontman zespołu w wywiadach powtarzał, że boli go to, w jakiej kondycji obecnie znajduje się rock na świecie (polać mu, szkockiej!), dlatego postanowili nagrać coś innego. Zadziornego. GŁOŚNEGO. I to czuć już od pierwszego numery, który zaczyna się… śmiechem.

Wokalista wspomina, że album nagrywany był w nietypowych (wręcz ekstremalnych) warunkach. Przykład? Podczas nagrywania podkładu do jednego z kawałków, producent w pewnym momencie zaczął podbierać bębniarzowi część elementów zestawu perkusyjnego, a perkusista nadal musiał grać jak należy. Brzmi ciekawie? Jak cholera!

Chłopaki z zespołu nagrywali przypadkowych ludzi, w przypadkowych sytuacjach i część z tych nagrań możemy usłyszeć na albumie.

Co poza tym? Album jest głośny, pełen energii, ponieważ główną inspiracją dla zespołu byli amerykańscy… raperzy. Zespołu często podkreślał w wywiadach, że to, w jaki sposób owi raperzy uzyskują intensywność dźwięku, a poprzez to zwiększenie doznań samych słuchaczy, było dla Biffy czymś niesamowitym. Życzę im więcej takich inspiracji, naprawdę.

Oprócz tego „hałasu” i surowych, ale naprawdę melodyjnych gitar, otrzymujemy bardzo osobiste teksty, autorstwa wokalisty zespołu. Słuchając ich, mamy pewność, że pochodzą z głębi serca. Są szczere, pełne gorzkich przemyśleń i point, które mogą płynąć jedynie z własnych doświadczeń.  Bryluje w tym zwłaszcza kawałek „Friends and Enemies”. Z kolei numer „Re-aranged”, choć nieco na siłę porównywany do dorobku Timbalanda, na pewno przypadnie do gustu fanom Muse, zwłaszcza tym, którzy najbardziej kochają The Resistance i The 2nd Law. „Wolfs of winter”, wybrany na pierwszy singiel, a przy okazji otwierający long play, dokładnie pokazuje nam, czego możemy się spodziewać.

Gdyby „Ellipsis” był mężczyzną, a Wasza córka przedstawiła go Wam, jako swojego narzeczonego, od razu zamknęlibyście go w piwnicy, z obawy, żeby nie zrobił krzywdy nie tylko Waszej ukochanej córce, ale przy okazji połowie innych niewinnych istot w mieście. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, i bylibyście przerażeni. A później byście go pokochali.

Bo właśnie taki jest „Ellipsis”. Zadziorny. Bezpośredni. Pozbawiający złudzeń. I nie biorący jeńców.

Czekam na ciąg dalszy.

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.