11 Grudzień, 2016

  • Instagram
C jak klapa.
C jak klapa.

C jak klapa.

rock-band-on-rehearsal-coloring-page

C jak.. klapa?

 

Na początek zagadka z tych prostszych, na rozluźnienie:

Co łączy poniższych artystów – Cleo, Coma, Cugowscy, Chylińska?

Oczywiście; wszyscy są z Polski i wszyscy też zaczynają się od litery C. Jednakże, kiedy popatrzymy na to z nieco innej strony:  wszyscy ci wykonawcy wydali swoje nowe album w przeciągu ostatnich 2 miesięcy. Może to świadczyć o tym, że kondycja polskiej muzyki jest na wysokim poziomie.

Akurat.

Obecnie, po zapoznaniu się z wszystkimi tymi wydawnictwami(a także kilkoma innymi), wiemy, kogo warto posłuchać, a kogo omijać szeroki łukiem. To jak, jesteście gotowi do drogi?

 

Słowianka wybiera się do starożytnego Egiptu.

 

                Cleo pojawiła się znikąd. Piękna blondwłosa dziewoja o kawale potężnego głosu. Gdzie i jak wyhaczył ją Dżonatan, niech pozostanie ich słodką tajemnicą. Dla nas najważniejszym owocem tej miłości był debiutancki album Hiper/Himera, który bardziej niż głosem Cleo promował się dość szeroką listą gości zaproszonych do wspólnej nagrywki. Enej, Bednarek, Waldemar Kasta, Sitek – to tylko niektórzy z nich. Sprawiłoto , że album ten był dość różnorodny i słuchało się go nawet przyjemnie. Zwłaszcza kiedy zaproszeni goście demonstrowali nam swoje prawdziwe umiejętności. Cleo, chociaż była, to jednak pozostawała jakby w cieniu. Gości i swojego potężnego mentora – okularo- i czapkolubnego Pączka.
Jednak nadszedł czas, kiedy dziewczynka dorosła i postanowiła sama pójść w Świat. Wydała kolejny album „Bastet”, na którym miała nam prezentować pełnię swoich walorów wokalnych. Na tym albumie Cleosia jest sama i to czuć. Wszystkie kawałki są na jedno kopyto, monotonne wokalnie, o dość jednostajnym typowo dyskotekowym bicie. Nawet jeśli mamy ballady, to i tak można przy nich śmiało potupać, a nie poprzytulać. Chciała pójść na swoje, a był to przysłowiowy…

 

Strzał w stopę.

 

                ONA znam. Nie przepadam, ale szanuję. Naprawdę. Chylińskiej nie trawię, ale nie można umniejszać jej wkładu w polską muzykę. Ale to, co odwaliła na płycie „Modern rocking” nie można podsumować używając samych cenzuralnych słów. Dlatego, kiedy niespodziewanie wydała kolejny album „Forever child”, promowany utworem „Królowa łez” – byłem pełen umiarkowego optymizmu. Kawałek nie brzmiał jeszcze tak jak „stara” Chyła, ale pozwalał dawać nadzieję, że nowy album przybliży nas do korzeni, lub chociaż będzie nowym startem.

I tak jest. Ale dopiero od połowy! Nie mam pojęcia, kto wpadł na taki genialny pomysł, ale pierwsze cztery utwory na „Forever child” to gówniana mieszanka pop, techno, dubstepu i wymuszonego darcia ryja. Serio. Każdy z moich znajomych, który zaczęli słuchać tej płyty, wyłączało ją w trakcie czwartego kawałka. Wszystkie 10 osób. Ze mną było podobnie. Za pierwszym odsłuchem. Ale kiedy następnym razem odpaliłem track 5, czyli singlową „Królową łez”, a później kolejne „KCACNL”, „Mona Liza”, czy również znane „Kiedy przyjdziesz do mnie” poczułem się jak w przedpokoju znanego domu. Dlatego apeluję do wszystkich, którzy planują kupić płytę – nie kupujcie! Zakupcie osobno kawałki w formacie mp3 od utworu piątego do końca. Wtedy poczujecie się, że wrócił ktoś bardzo ważny dla waszej…

 

Rodzinnej kapeli.

 

Rzadko kiedy kupuję płyty w dniu premiery. Ale mam kilku takich pewniaków, przy których wiem, że się nigdy nie zawiodę. Przykład? Muse (dobra, wiem, że to już nudne), Bracia, Coma, Godsmack, Lindsay Stirling. I właśnie Bracia, wraz ze swoim ojcem (a właściwie Ojcem!) wydali album, na który czekał chyba każdy fan Cugowskich i Budki Suflera. Czuliśmy, że ten moment musiał nastąpić, wszyscy tylko narzekali, dlaczego tak późno, do cholery!?

Czy ten eksperyment się udał? Dowiecie się z mojej recenzji, którą miałem przyjemność napisać kilka dni temu. Znajdziecie ją na tym portalu.

Powtórzę tylko, że cieszę się, że Panowie się nie oszczędzali i pokazali się z najlepszej strony. Czyli, jak wszyscy wiemy…

 

Kawał potężnego głosu i genialne gitarowe riffy.

 

Idealne połączenie w przypadku kapel rockowych – wszyscy to wiemy. I gitarowe riffy mamy, ale głosu zabrakło. Gdzie? Ano w „2005YU 55” czyli najnowszym albumie Comy. Zespół kazał nam bardzo długo, bo aż pięć lat czekać na kolejny album, a kiedy go otrzymujemy… Połowa fanów zdążyła do niego dojrzeć, a druga połowa życzy zespołowi rychłego rozpadu, po tym co otrzymaliśmy. Jest jeszcze jedna połowa (dużo tych połów), która wciąż myśli, że faktycznie miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia i ten album to jakiś chory żart kosmitów. Niestety nie. Płyta jest jak najbardziej realna. Moim zdaniem krzywdzący dla niej był opis, którym promowano album w mediach „połączenie audiobooka i klasycznego albumu rockowego”. Chyba specjalista od PRu nie miał pojęcia czym jest audiobook. Ja wiem – jestem pisarzem.

Nie będę się rozpisywał o płycie, jako całości, ponieważ już wkrótce na portalu pojawi się jego recenzja, autorstwa Kamili, która na pewno rozłoży album na czynniki pierwsze. Ja ze swojej strony wypowiem się w kontekście singla promującego album – Roguc ewidentnie przeciążył glos i daje mu teraz nieco odpocząć, co można zrozumieć. Ciekaw jestem brzmienia zespołu na koncertach trasy promującej ten album.

I tak wiem, że będzie dobrze, w końcu to nie….

 

Degradacja rocka od poziomu gimnazjum.

 

                Debiutancki album Red Lips nie był dziełem wybitnym, ale miał swoje „momenty”. Ruda nie jest wybitną tekściarką, ale warstwa liryczna trzymała poziom. Wkrótce pojawi się ich nowy album, o czym informują nam z radością prezentując kolejne single i klipy.

Szczerze? Jeśli cały album ma trzymać taki poziom jak dwa single, to lepiej, żeby się wstrzymali. I zatrudnili porządnego tekściarza. Jest ku temu nadzieja, skoro Ruda dostała jakiś autorski program w jednej z komercyjnych stacji  telewizyjnych (przychody za pierwszy album pewnie zostały przepite podczas trasy koncertowej) żeby zarobić na kogoś, kto lirycznie chociaż trochę będzie trzymał poziom. Naprawdę. „Zanim odejdziesz”, „Czarne i białe”, „To co nam było” – te kawałki brzmiały. I miały jakiś przekaz. Tymczasem „P.S” brzmi jakby był pisany przez pryszczatą 13-latkę, dla koleżanek z gimbazy, z problemami egzystencjonalnymi na poziomie meduzy. To już nawet Ewa Farna na początku swojej kariery miała bardziej ambitne teksty od tego. Ruda, błagam, ściągnij sobie teksty z darmowej bazy, posklejaj kilka  w całość, a nie serwuj nam potrawki ze szkolnego opracowania „Cierpienia Młodego Wertera”. On nie potrafił popełnić samobójstwa, obyście Wy nie popełnili zespołowego samobójstwa tym albumem.

 

To tylko kilka przykładów. Miałem jeszcze chęć podsumować naszą polską Madonnę z jej arcywybitnym albumem „B3”, ale brak mi papieru toaletowego, żeby to jakoś przegryźć.

 

Mam nadzieję, że nikogo nie obraziłem swoimi opiniami, a jeśli tak, to wiedzcie, że jest mi z tego powodu serdecznie wszystko jedno.

 

 

And the winner is… „Mississippi w ogniu” Organka – kocham ten kawałek i odliczam dni do premiery „Czarnej Madonny” (Ruda, ucz się, jak pisać niebanalne i inteligentne teksty, nie trącające grafomanią. Tak Roguc, Ty również.)

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.