07 Grudzień, 2016

  • Instagram

Dlaczego nie lubię boysbandów?

11-one-direction-01.w1200.h630

 

Kocham muzykę. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Budzi mnie rano, towarzyszy mi podczas porannej kawy, szybkiego śniadania i drogi do pracy. Wcześniej, kiedy pracowałem w biurze towarzyszyła mi także tam, teraz niestety jest ograniczona do niezbędnego minimum, ale jak tylko wsiadam do samochodu po ośmiogodzinnej zmianie, pierwsze, co robię, to włączam płytę. Nie słucham radia, choć robią to moje znajome, a jeśli już nie mam wyjścia, to wybieram zawsze Trójkę lub Polskie Radio Wrocław. Dlaczego?

Bo nienawidzę boysbandów.

Kocham whisky. Oryginalną, szkocką, leżakowaną single malt, choć i dobrym blendem nie pogardzę. Uwielbiam whisky pić, delektować się jej smakiem. Spokojny łyk, z odrobiną lodu lub wody sodowej. Nienawidzę się spieszyć podczas picia whisky. I nie piję jej jak większość –  szybko, żeby się upić, zapomnieć. Dla mnie osobiście to szlachetny alkohol, którym powinno się delektować, a nie traktować jak wino marki wino „chateou de Jabol, rocznik środa”. Jak zapewne większość z Was, drodzy czytelnicy wie (bądź nie, to dowiecie się teraz), oryginalna whisky jest szkocka. Nie będę tutaj przybliżał całego, skomplikowanego procesu destylacji, leżakowania i oddzielania poszczególnych składowych „miąższu”, z którego finalnie otrzymujemy ten ceniony na całym świecie alkohol. Pierwsi twórcy (a teraz także ich spadkobiercy i naśladowcy) wiedzieli jedno: aby otrzymać doskonały produkt, muszą włożyć w to całe serce, być dokładnymi w tym, co robią, a przede wszystkim muszą być cierpliwi. Cierpliwość popłaca, a finalny efekt przechodzi wszelkie oczekiwania.

Amerykanie nie lubią czekać. Oni muszą mieć wszystko szybko. A do tego na słodko. Dlatego, kiedy pierwszy raz spróbowali „szkockiej”, doszli do wniosku, że nie mogą być gorsi i będą mieli swoją własną whisky.  Ale oczywiście musieli zrobić to po swojemu. W najmroczniejszych zakamarkach tajemniczej fabryki wydestylowali swój własny autorski fast-food, który nazwali whiskey. Powstawał szybko, był słodki – aby trafił w delikatniejsze podniebienia wielbicieli hamburgerów i mcdonaldsów – i był pędzony z kukurydzy!

No cóż…

Jak wspomniałem na początku –  kocham muzykę. Muzykę z duszą – jazz, soul, muzykę w której tworzenie wkłada się całe serce i nie powstaje w kilka dni, z tekstami najczęściej pisanymi na kolanie w kiblu.

Dlatego nie lubię boysbandów. Są jak taki fast-food. Whiskey, nowotwór, który wyrósł na zdrowej tkance klasycznych gatunków. Zespoły takie nie powstają w wyniku spotkania ludzi, którym muzyka płynie w żyłach, zamiast krwi. Są wykreowane sztucznie, w wyniku łapanki. Sztuczny uśmiech na twarzy, niebieskie oczy, więcej żelu na głowach niż u Cristiano Ronaldo, jedna komórka mózgowa więcej od konia, żeby nie pić wody prosto z wiadra i zerowe pojęcie o muzyce. Talent do śpiewania? Jaki talent! Wszystko się obrobi na protoolu i zarzuci autotunem, żeby jakoś brzmiało. Taki twór nigdy nie stworzy spójnego kolektywu. Dlaczego zespoły rockowe/jazzowe potrafią grać w niezmienionych składach przez dekady, a boysbandy rozpadają się po pierwszej wydanej płycie?

A właśnie, płyta! To kolejne nieporozumienie. Zbitek kilku sampli, podpartych partiami pseudoinstrumentalnymi, w których teksty traktują o… Nie wiadomo czym. Najsmutniejszy jest przypadek, kiedy taki „bojzbend” nagra cover jakiegoś znanego sztandarowego utworu, samemu nie mając pojęcia, na co się porywają (bo o muzyce pojęcie mają mniejsze niż mój trzyletni chrześniak),a  zapatrzone w nie nastolatki uważają, że to ich autorski HIT. Żenada.

Osobnym tematem są finaliści talent show i „gwiazdy”, które wzięły się nie wiadomo skąd i nie wiadomo, po co?! (tak, Sarsa, patrzę w Twoją stronę)

Wszystko jest w życiu potrzebne. Sam, czasami sięgam po Burbona, dla urozmaicenia. I rozumiem, ludzi, którzy nie piją szkockiej, bo „wali dechą”, albo „ziołami”, to właśnie dla nich wymyślono whiskey. Ale we wszystkim należy mieć umiar. Od nadmiaru sfermentowanej kukurydzy boli nie tylko głowa. Powinni o tym pamiętać zwłaszcza ci, którzy szczycą się stanowiskiem „łowcy talentów”. Więcej muzyki w muzyce – tego życzę wszystkim melomanom i sobie.

 

 

Stark

 

b5caaaf55816bc0f0fdfe1442c0973a6

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie