10 Grudzień, 2016

  • Instagram
Recenzja: MUSE – Drones

Recenzja: MUSE – Drones

 

drones

 

 

Długo zabierałem się za recenzję tej płyty. Nie dlatego, że jest zła, czy dlatego, że nie przepadam za tego typu muzyką (bo dobrze wiecie, że przepadam), lecz z powodów prozaicznych – kocham MUSE. Nie istnieje drugi zespół, który tak zmieniłby moje postrzeganie muzyki. Matt Bellamy – wokalista i gitarzysta zespołu – jest moim Bogiem gitary.

Postaram się być obiektywnym. Obiecuję.

Mój pierwszy kontakt z zespołem nie był udany. Czytając „Zmierzch” dowiedziałem się, że „twórczość Muse była główną inspiracją podczas tworzenia tej książki”. OK. Kiedy podczas seansu usłyszałem charakterystyczne riffy „supermassive black holes”, nóżka sama zaczęła podrygiwać. Sięgnąłem wtedy po inne utwory zespołu i… Odbiłem się od nich. Gdy teraz patrzę na to z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że nie byłem wystarczająco dojrzały do twórczości tego tria. Miało się to zmienić kilka lat później, kiedy przypadkiem u znajomego obejrzałem „Live at Rome Olimpique Stadium”. Już po otwierającym koncert „Supremacy” wiedziałem, że moje serce należy do „tego wariata z gitarą skaczącego jak małpa po scenie”. Od tamtej pory nie ma dnia, żebym nie posłuchał choć kilku kawałków Muse. I wtedy, w ubiegłym roku, pojawił się kolejny album studyjny, w którym Matt Bellamy w końcu mógł opowiedzieć całemu Światu o swoich teoriach spiskowych. I nie tylko.

„Drones” to najlepsza płyta studyjna w dotychczasowej karierze zespołu. Bezapelacyjnie. Świadczą o tym liczne nagrody, jak i nakład w jakim została sprzedana. Muse, zespół, który osiągnął gigantyczny sukces już przy swoich „Black holes and revelations”, tak naprawdę nigdy nie spoczął na laurach i nie brnął w raz obranym kierunku, a zaczął (udanie!) eksperymentować na kolejnych krążkach m.in. z orkiestrowymi aranżami, czy dubstepowymi bitami. Na najnowszym albumie Muse wraca „do korzeni”. Trio porzuciło elektroniczne ozdobniki, chwyciło za tradycyjne rockowe instrumenty i… wyszło rewelacyjnie.

„Drones” jest tzw. concept albumem. Teksty napisane przez Ballamy’ego opowiadają historię ludzi znajdujących się pod kontrolą rządu, manipulowanych i niezdolnych do samodzielnego myślenia, bo każdy przejaw rebelii jest surowo karany. Do czasu…

Słuchając tego krążka odnajdziemy na nim wiele znajomych riffów, melodii, czy aranżacji, którymi inspirował się zespół (a w zasadzie wspomniany wcześniej frontman – Mathew Bellamy). U2, Queen, Coldpay lub AC/DC to tylko niektóre z nich. Mamy tutaj ciekawy  funkowo – rockowy puls w otwierającym album „Dead inside”, „Mercy” to ukłon w stronę Coldplay, a podniosłe tony w „Defector” przywodzą na myśl dokonania Queen (podobnie jak tytułowy „Drones” zamykający płytę).

„The globalist”  to zaś puszczenie oczka w stronę fanów twórczości Ennio Morricone.

Pomimo tego, iż miał to być album „surowy”,  rockowy, nie jest on ani przez chwilę nudny. Zespół wzbija się tutaj na wyżyny swoich umiejętności, prezentując słuchaczom warsztat wypracowany przez wiele lat, w czym oczywiście bryluje Bellamy – wirtuoz gitary. Słyszymy w jego wykonaniu wszystko to, czego powinniśmy oczekiwać od ponadprzeciętnego gitarzysty.

„Drones” jest bardzo ciekawym albumem, Matt udowadnia na nim po raz kolejny, że jest dobrym kompozytorem, kreatywnym, ale potrafiącym szukać odpowiednich inspiracji. Nowe utwory dobrze wpasowały się w koncertowy set i polscy fani (w tym niżej podpisany) mieli okazję przekonać się o tym na ubiegłorocznym Orange Warsaw Festival. Oczywiście pojawiają się głosy, że album jest „przekombinowany” i, że jest w nim „za mało Muse w Muse”. Każdy ma prawo do własnej opinii, ja „Drones” polecam i zachęcam do odsłuchania. Nawet jeśli nie jesteście fanami zespołu (bo tych przekonywać nie trzeba), gwarantuję, że nie raz zachwycicie się podczas słuchania tego krążka.

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.