10 Grudzień, 2016

  • Instagram

Phedora – The House Of Ink

 

okładka-duża-20na20

 

 

Kilka(naście) dni temu dostałem do recenzji album pewnego polskiego zespołu. Materiał podesłałem również szefowi i obaj słuchaliśmy go w tym samym czasie. Jako, że zgłosiłem się na ochotnika do napisania recenzji, zmuszony byłem przesłuchać płyty kilkukrotnie, Boss usunął ją ze swojej bazy już po pierwszym odsłuchu. Zazdrościłem mu. Ale nie mam co narzekać, sam pchałem się na ring, to nie mam prawa być zły, że dostałem po pysku. Poświęciłem się dla dobra ogółu i melomanów, odsłuchałem płytę kilka razy, napisałem recenzję, która na koniec… została zjedzona przez chomika.

Pomijając fakt, że nie mam chomika…

Pisząc recenzję tamtego zespołu myślami uciekałem do innej kapeli, pochodzącej z Polski, która kilka miesięcy temu również wydała swój debiutancki album. Album, który należy to podkreślić, został wydany własnymi siłami, bez wsparcia wielkich wytwórni, promocji i wielkiego marketingu.

I zapewne dlatego dostaliśmy płytę oryginalną, nagraną we własnym stylu, tak jak chłopaki chcieli, bez obecności smutnych panów w czarnych garniturach, którzy staliby nad głowami członków kapeli i podcinali im skrzydła (jak to było w przypadku rozwiązanego już niestety zespołu Kreuzberg).

Na Phedorę trafiłem przypadkiem, przez cover „Love me like you do”, utworu znanego z pewnego przereklamowanego filmu. I powiem szczerze, że cover ten był o niebo lepszy od oryginału. Następnym kawałkiem odnalezionym na youtube było „One Breath Away”, autorski twór Phedory. To był moment, kiedy ich pokochałem. Brzmiało to bardzo podobnie do zespołu Breaking Benjamin, ale było nasze, polskie! Okazało się, że zespół jeszcze nie wydał swojej płyty, ale zbierał zapisy na egzemplarze przedpremierowe. Nigdy wcześniej nie zamawiałem niczego w pre – orderze, ten był pierwszym, któremu dałem kredyt zaufania. Jako, że do premiery było jeszcze kilkanaście tygodni, odliczałem dni z niecierpliwością, w międzyczasie katując przycisk repeat na youtubie.

W końcu nadeszła północ, data premiery. Otrzymałem swój link do wersji cyfrowej albumu „The House Of Ink”.

Pobrałem.

I od pierwszego utworu wiedziałem, że chłopaki z Lublina nie zawiedli mojego zaufania. Idealnie trafili w moje gusta! Znaki rozpoznawcze? Chwytliwe melodie, przesterowane gitary, zadziorne riffy, niebanalne teksty. Wszystko jest tutaj na miejscu, czuć, że ten album powstał z miłości do grania, a nie jest kolejny sztucznym tworem wyplutym na rynek jedynie dla chęci zysku. Doceniam autentyczność i charyzmę wokalisty, podziwiam umiejętność wplecenia w mocne rockowe granie tak ciekawych elementów, jak np. partie smyczków, czy dźwięk pozytywki wokół którego zbudowany został bodaj najlepszy kawałek na płycie, czyli „Succubus”. Ale chłopaki nie popadają w monotonię, ciągle nas czymś zaskakują, jak chociażby rapowanym zwrotkami w „Embers”, balladowym brzmieniem na „Nevergreen” (z przepiękną solówką), czy niemal akustycznym graniem w zamykającym album „It Was Just A Dream”. Większość utwór to prawdziwe petardy, powodujące ciary na skórze. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek pozostał przy tych utworach spokojny, daję głowę, że każdemu nóżka zacznie podrygiwać do taktów „Something To Lose”, „Chasing Snowflakes”, „Paper Streets” czy wspomnianego wcześniej „One Breath Away”.

„The House Of Ink” jest albumem spójnym, bez słabych momentów, zaskakująco dojrzałym, jak na debiut. Słychać, żechłopaki kochają muzykę, a kiedy robi się to, co się kocha, wychodzi coś niesamowitego.

Chylę czoła. Wielki szacunek dla zespołu, który własnymi siłami wydał tak dobry debiutancki album. Po takim debiucie pozostaje mi życzyć tylko coraz większych sukcesów i mam nadzieję, że Phedora została zauważona (obecnie zespół zakończył trasę koncertową zatytułowaną „The Road Of Ink”) przez którąś z wielkich wytwórni. Najlepiej przez taką, która będzie ich promować, ale pozwoli pozostać wiernym własnym przekonaniom. Widać, że mają pomysł na siebie, na to, co chcą robić, jak chcą brzmieć – i to jest piękne.

Czekam na drugi album, oraz na to, że w końcu zawitają do naszej pięknej okolicy, ponieważ tutaj również mają swoją rzeszę fanów.

Phedora, słyszycie?

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie