Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Pokot, czyli łup – ekologiczny thriller.

Dziś „Pokot” Agnieszki Holland według prozy Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Parafrazując znaną kiedyś czyjąś wypowiedź ( nie mam pamięci do cytatów, chyba, że wdzierających się w podświadomość), po „Pokocie” już życie nie wydaje się takie fajne.

Rozumiesz nagle, że zwierzęta mają duszę i głos, choćby był to skowyt, meczenie, beczenie, pisk. Jest tak samo ważny i powinien być respektowany. Języków jest na świecie około 7 tysięcy, jaki problem dodać i próbować przetłumaczyć kolejnych parę tysięcy.

Rozumiesz nagle, że człowiek to gwiazdy i ekskrementy, a nie nazwisko, stanowisko, konto i adres. Jego kreacja to nie tylko gen, biologia, ale też muśnięcie planet i iskra Plutona na przykład.

Rozumiesz, siedząc w niedużym kinie „Apollo” w Wałbrzychu, jednym z dogorywających kin studyjnych ( chodzę tylko tam ignorując multipleksy, bo one też ignorują moje potrzeby offowego kina), że światu potrzebna jest Interwencja. Nie boska, metafizyczna, ale jak najbardziej zwyczajna, ludzka, materialna.

Twój głos, twoje określenie za lub przeciw. Współczucie to za mało, gniew też, osadza się tylko w twoich komórkach na marne. Świat jest chory na brak Interwencji. Zabranie się do działania, kiedy coś szwankuje, szczególnie kiedy dotyczy istot słabszych.

Rozumiesz, że tak zwana słabe stworzenia są ratunkiem i sumieniem tego świata. Nawet, kiedy są infantylni, drażniący i niedodziałani, wtedy jeszcze bardziej powinno się ich słuchać. Denerwująca jest Duszejko (Agnieszka Mandat), neurotyczny Dyzio

( Jakub Gierszał) i ponury sąsiad Matoga ( Wiktor Zborowski). Funkcjonują jakoś w społeczeństwie, które paradoksalnie jest bardziej chore od nich i pilnie potrzebuje pomocy.

Do połowy ciężko mi się ten film oglądało, był chaotyczny, nie mogłam wejść w jego rytm, uwierzyć postaciom. Dopiero pojawienie się czeskiego aktora Miroslava Krobota, grającego postać ekscentrycznego badacza żuczków, wypuściło trochę powietrza z nadmiernie nadmuchanego balonu. Wniósł ten czeski luz, niby komizm, na granicy którego czai się prawdziwa metafizyka. W bestialski sposób giną miejscowi notable, zapaleni myśliwi. Duszejko wskazuje policji na trop zwierząt jako sprawców swoistej zemsty, przez co czyni nich pełnoprawnymi istotami, a nie beztroskimi, głupimi towarzyszami życia człowieka, ofiarami. Nie wiem, czy to z jaką ironią została potraktowana przez „ważnych” ludzi w swoim stadzie, małym sudeckim miasteczku jest typowo polskie, czy każda taka kobieta jak ona, spotkałaby się z taką reakcją na świecie. W każdym bądź razie na seansie też dominowały kobiety w wieku powyżej średniego, nie wiem, czy niesie to nadzieję dla świata. Ofiara, osoba wrażliwa, kiedy już przekroczy się barierę jej wytrzymałości na zło i cierpienie, też potrafi nieźle szarpnąć oprawcami. Strzeżcie się ich.

Kiedy wyszłam z kina, miałam pragnienie powrotu do lasu. Chyba odezwał się jakiś zew natury, atawistyczne zbratanie się ze zwierzętami, poczucie ciepła ziemi, zapachu mchu. Jakie to szczęście, że Olga Tokarczuk umiejscowiła akcję w lokalnych, sudeckich terenach, ukazała ich mistykę i pra – piękno. Nie musimy daleko jechać, by poczuć jedność natury i jeśli już nawet nie pomóc, to choć nie ingerować w jej porządek. I miejmy nadzieję, że „Pokot”, zdobywca prestiżowej nagrody na festiwalu filmowym w Berlinie, nie wywoła mody na te tereny.

Justyna Nawrocka

X