Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: Ania, nie Anna [serial]

ANNE WITH AN "E"

mat. prasowe

Któż z nas, zwłaszcza w czasach szkolnych, nie śledził losów rudowłosej Ani Shirley? „Ania z Zielonego Wzgórza” dla wielu osób była jedną z najprzyjemniejszych lektur. Ciepła, wzruszająca, momentami zabawna opowieść o osieroconej dziewczynce, wychowującej się pośród malowniczych wzgórz Avonlea na Wyspie Księcia Edwarda. Choć z przyjemnością odwiedzałam szkolną bibliotekę, dla mnie ta książka stała się po prostu jedną z wielu, które musiałam szybko przeczytać. Nie lubiłam się zagłębiać w lektury pod presją czasu, więc niewiele wyniosłam z historii tej małej sierotki. Potrzebowałam kilku lat, by skonfrontować się z „Anią” raz jeszcze. Musiałam dojrzeć do jej bolesnych wspomnień, do przeszłości – tej mniej kolorowej i pozbawionej upiększeń. Pokochałam to dziecko.

Nasza bohaterka jest niesamowitą dziewczynką. Przybyła do rodziny Cuthbertów z dużym, jak na swój wiek, bagażem doświadczeń, jednak pomimo tego stale ujmuje nas swoją radością życia i dostrzeganiem niewielkich cudów natury. Już podczas pierwszej wizyty na Zielonym Wzgórzu podążamy z nią i jej nowym opiekunem, Mateuszem, Białą Drogą Rozkoszy i przemierzamy Jezioro Lśniących Wód. Ania jest marzycielką, to w jej wyobraźni tkwi największa siła. Właśnie tej beztroski brakowało mi najbardziej w ekranizacji Kevina Sullivana z 1985 r, którą niejednokrotnie miałam okazję obejrzeć w dzieciństwie.
Stosunkowo niedawno sięgnęłam po najnowszą, Netflixową produkcję pt. „Ania, nie Anna” i przepadłam od pierwszego odcinka. Nawet czołówka jest niesamowicie urzekająca, nie pominęłam jej chyba w żadnym spośród ośmiu odcinków pierwszej serii.

Losy Ani nie są tutaj przedstawione tak cukierkowo, jak u Sullivana, rzekłabym, że oglądamy je raczej z perspektywy osoby dorosłej, która dostrzega dużo więcej, niż tylko „przekleństwo rudych włosów”. Surowość i realizm tamtych czasów, kontrastujące z odrealnionymi kadrami mieszczącymi się w wyobraźni Shirley, są największą zaletą tego serialu. Sama bohaterka jest dokładnie taka, jaką sobie wyobrażałam, czytając książkę. Ania wykreowana przez Amybeth McNulty jest niesłychanie wiarygodna – energiczna, gadatliwa, momentami wręcz męcząca, ale przy tym bardzo wrażliwa, ciekawa świata i… ciągle bujająca w obłokach. Widzimy w niej ogromną miłość i szacunek do przyrody, zachwyca się każdym listkiem, gałązką, polnym kwiatem, czy blaskiem jeziornych wód. Ania bywa niezgrabna, roztrzepana, często wpada w tarapaty, nie panuje nad emocjami i słowami, do tego ma skłonności do dramatyzowania, ale to właśnie dzięki temu jest tak czarująca. Wizualnie Netflixowa Ania bardziej przystaje do książkowego opisu, niż ta, którą zaprezentowała Megan Follows 22 lata temu. Jej cechy zewnętrzne, fizyczność, są tutaj ogromnym atutem – nareszcie mamy chudego, niezbyt urodziwego rudzielca o szarych oczach i bladej cerze obsypanej tysiącem piegów. Pod względem aktorskim McNulty również wypada lepiej, niż jej poprzedniczka. Z jednej strony kreuje nieco groteskową postać, która przez swoje oczytanie, bogactwo językowe i barwne opisy niejednokrotnie staje się „dziwakiem” pośród rówieśników, z drugiej jednak nas rozczula – ukazuje ciepłą, serdeczną i inteligentną dziewczynkę, która potrafi być odpowiedzialna i zachować zimną krew w trudnych sytuacjach. Tak naprawdę jej marzycielska natura jest ucieczką od bolesnej rzeczywistości, to właśnie poprzez wyobraźnię i krótkie migawki z przeszłości poznajemy jej wewnętrzne traumy, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć ten wybuchowy charakter i egzaltację.

Prócz tego, że Amybeth McNulty doskonale wcieliła się w rolę małej Shirley, cała obsada oddaje charakter postaci znanych z powieści Lucy Maud Montgomery. Szczególnie rodzeństwo Cuthbertów (Geraldine James i R.H. Thomson) wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Maryla od samego początku jest osobą nieznoszącą sprzeciwu, przez wiele odcinków pokazuje swoje surowe i bezkompromisowe oblicze, jest powściągliwa w okazywaniu uczuć. Mateusz jest zupełnym przeciwieństwem siostry – najczęściej milczący, zamknięty w sobie, odosobniony, ale przy tym bardziej wyrozumiały i empatyczny. Kolejne postaci, czyli Małgorzata, Gilbert, Diana oraz pozostałe dziewczęta ze szkoły także są świetnie wyważone i charakterologicznie zgodne z ich książkowymi odpowiednikami. Jednak jak na ekranizację przystało, w serialu znajdziemy kilka wątków nie występujących w powieści. Nie są one bardzo rażące i nie odbiegają aż tak znacząco od tekstu źródłowego (u Sullivana fabuła popłynęła znacznie dalej…), ale czasami bywają dość absurdalne i przerysowane. Na plus moim zdaniem poszerzono kwestię przeszłości, życia osobistego rodzeństwa Cuthbertów, dzięki czemu o wiele szybciej zyskali moją sympatię, niż lekturowi bohaterowie.

„Ania, nie Anna”, przynajmniej na tym etapie, jest dość wiernym odwzorowaniem „Ani z Zielonego Wzgórza” napisanej przez Lucy Maud Montgomery (oczywiście jeżeli przymkniemy oko na kilka nieścisłości i wybaczymy twórcom przesadny dydaktyzm). Serial przede wszystkim pokazuje nam historię Ani Shirley z takiej perspektywy, której nie moglibyśmy dostrzec jako uczniowie szkoły podstawowej, pozwala nam lepiej poznać wnętrze bohaterki, nie skupiając się na sielankowej otoczce. Piękne i malownicze krajobrazy są tylko dodatkiem w tej opowieści. Choć Netflix wypuścił dopiero pierwszy sezon, jestem przekonana, że jeśli ta produkcja utrzyma poziom, z pewnością zakończy się ogromnym sukcesem.

X