Select Page

Recenzja: COMA – 2005 YU55

Recenzja: COMA – 2005 YU55

COMA2005R„2005 YU55” – planetoida, a właściwie zatytułowane w ten sposób nowe dzieło Comy w końcu uderzyło w Ziemię, powodując wśród sympatyków zespołu potężną eksplozję euforii i rozczarowań. 5 lat  po wydaniu ostatniego studyjnego krążka, otwartego i bez konkretnego schematu, Czerwonego Albumu, po raz kolejny w twórczości Comy światło dzienne ujrzał zwarty concept album, lecz tym razem ukazany w formie eksperymentu i znacznie odbiegający od dotychczasowych dokonań Comy.

Stworzenie intrygującej i zarazem różnorakiej płyty koncepcyjnej jest sztuką niezwykle trudną, ale, w końcu, która współczesna polska kapela mogłaby to zrobić, jeśli nie Coma? Zestawiając wszystkie przedpremierowe zapowiedzi muzyków, podsycanie zdawkowymi, zagadkowymi informacjami oraz wrażenia, jakie wywarły na mnie pierwsze odsłuchy, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że Coma to formacja, która czyni dokładnie to, czego chce, osiągając przy tym zamierzone cele. Celem kolejnej odsłony zespołu było wydać coś szumnego, wybudzającego pokaźne zainteresowanie, coś kosmicznego (patrz okładka płyty), z aurą tajemniczości i odsłaniającego – jak sami artyści ujęli – nowy wymiar Comy, czyli wydawnictwo z utworami mijającymi dotychczas utarte przez nich muzyczne ścieżki. Nie ma więc co ukrywać, że zespół swoim nowym materiałem zaskoczył wszystkich i to dosyć mocno, obrany przez nich cel udało się wobec tego w pełni zrealizować. Ale skoro płyta miała okazać się swoistym eksperymentem, to czy w takim razie eksperyment ten się powiódł? Odpowiedź na to pytanie zostawię sobie na koniec, a mianowicie na podsumowanie swoich przemyśleń dotyczących przedmiotu niniejszej recenzji.

Coma już wcześniej nam pokazała, iż wie, co to koncept i że potrafi z wirtuozerią przedstawić go poprzez wielobarwną, monstrualną formę. Udowodniła to wydając „Hipertofię”  – trzeci studyjny krążek w dorobku łodzian. A jak się ma konceptualizm w przypadku „2005 YU55”? No właśnie…

Skoro koncept, to i zdeklarowany pomysł na płytę. Na ów pomysł skomponowano 16 zwartych ze sobą utworów, tworzących razem spójną wielowarstwowo całość. Nie będę się tutaj zbytnio nad samym zamysłem albumu rozpisywała, gdyż każdy, kto czytał jakąkolwiek zapowiedź nowej płyty Comy, został doskonale we wszystko wtajemniczony. Nadmienię tylko, że myślą przewodnią jest tu opis nietypowej historii Adama Polaka, głównego bohatera tej szesnastoczęściowej opowieści. Momentem kulminacyjnym w jego życiu jest czas nieoczywistego zetknięcia z planetoidą o  nazwie”2005 YU55″, z której to właśnie zaczerpnięto tytuł najnowszego albumu Comy.

Jeśli porównać dotychczasowe wydawnictwa Comy to „2005 YU55” jest bardziej różnorodne i wzbogacone instrumentalnie niż poprzednicy. Wciąż kluczową rolę odgrywają tu gitary, choć w dużej mierze pozbawione przesterów. Doskonale słychać, jak gitarowe dźwięki przeplatają się z nowoczesnymi brzmieniami i wyrazistymi riffami. Za klimat odpowiada jednak elektronika i to właśnie ona wprowadza znaczny powiew świeżości w twórczość Comy. Umiejętnie wpasowana w całość nadaje odpowiedni rytm, tworzy tło kawałków, domalowuje wysmukłe elementy w miejscach, gdzie nie przeciśnie się już szarpnięcie strun gitary. A wszystko to dozowane w odpowiednich proporcjach i okraszone ciekawym aranżem.

Nadrzędną funkcję w „2005 YU55” miała stanowić warstwa liryczna, która zdaje się bliższa solowym dokonaniom Roguckiego, niż temu, co Coma do tej pory jawiła w swoich tekstach. Styl pisania Roguca jest tutaj odrobinę porywczy, oparty na krótkich frazach. Ogólnie liryki nie są skomplikowane – operują codziennością i poruszają całą menażerię odmiennych tematów. Od beztroskiego dzieciństwa, przez internetowe miłostki, po pewne powiązania z nauką zarówno Dalekiego Wschodu, jak też starożytnej Grecji, doszukując się w spożywaniu alkoholu jakiegoś niepojętego doświadczenia na obraz tamtejszych Dionizji.

Co ciekawe, innowacją w przypadku „2005YU55” było stworzenie tekstu w formie zrytmizowanego audiobooka. Warstwa tekstowa składa się zatem z wielu wymiarów plastycznych i rytmicznych. Niemniej przesłanie płynęło z motywu, aby połączyć tekst literacki z rockiem, dlatego też ciężar przerzucono na tekst prowadzący słuchaczy w nieznane obszary, w przestrzeń bez spokoju i poczucia bezpieczeństwa, w nowe tereny wrażliwości. Co jeszcze dało się zauważyć w przekazie tekstów na płycie, to także to, że Rogucki znacznie złagodniał w nowych aranżacjach, nieco ucichł, po prostu przestał krzyczeć. Na taką zmianę mogły mieć wpływ zapewne dojrzałość, wiek i fakt, że nie wszystko da się opowiedzieć na poziomie emocji, które wtórowały poprzednim dokonaniom. Przy odsłuchu tego albumu z początku trochę mi jednak brakowało tego potężnego, melodramatycznego, poetyckiego, niekiedy wręcz bolesnego śpiewu Piotra. No cóż, założeniem krążka miał być przecież także jego balans na granicy muzycznego audiobooka, więc skupiając się na tekstach i samym ich przekazie, panowie pewnie w głównej mierze tym się kierowali. Tak więc dotychczas zazwyczaj prezentowana przez łodzian poezja śpiewana przechodzi zgoła w formę poezji melorecytowanej. Rogucki teksty (czy pretensjonalne, czy nadto teatralne, jak mawiają niektórzy) mimo wszystko interpretować potrafi świetnie. Co więcej, wsłuchując się w nowe aranżacje Comy, miałam wrażenie, że wokalista jeszcze głębiej wprowadza nas w swoje słowa, czyli w świat owej konceptualnej opowieści. Zmieniając intonację i barwę głosu, a zarazem tempo oraz rytm mówienia czy śpiewu stara się odtworzyć wszystkie możliwe emocje: złość, melancholię, cierpienie, poirytowanie, roztargnienie, świetnie przy tym budując napięcie wśród słuchaczy.

Pora najwyższa ściślej przejść do utworów znajdujących się na płycie, do tych zasługujących na szczególną uwagę. Na początku wita nas Taksówka otwierająca album w bardzo fajnym stylu, z dość niecodzienną i chwytliwą rytmiką oraz niepokornym refrenem. Do bardziej melodyjnych, z nieokrzesanym tekstem zalicza się też Turbacz. W Dionizos natomiast wychwycić można ciekawie przewijający się przez cały kawałek motyw gitarowy, wprawiając całość w swoisty rytm. Nieco więcej hałasu usłyszymy w Zaduszkach. Kompozycję napędza tu rockowa energia i wyraźna ścieżka gitary, dominująca głównie na samym początku, by później na parę sekund przygasnąć i znowu powrócić pełną parą. Z kolei w Magdzie trafia się wreszcie okazja posłuchać mięsistej sekcji basu, zdecydowanie przesterowanego, nadającego kawałkowi pokaźny ostry poryw. Słychać tutaj, jak utwór mocno nakręca i z każdą minutą staje się coraz bardziej agresywny, podobnie jak stosunek do tytułowej Magdy (najprawdopodobniej będącej prostytutką). Z kolei w Lipcu bas i przestrzenne pasaże gitarowe wydają się nieco subtelniejsze, a to znacznie spowalnia piosenkę, wprawiając nas w senny oraz nieco zmysłowy nastrój, a także (o dziwo!) w przyjemną monotonność. Szkoda tylko, że wersja albumowa tego nagrania została skrócona, inaczej bowiem dłużej pławilibyśmy się w tych onirycznych dźwiękach. Na szczęście do tego kawałka nagrano teledysk promujący płytę, video z ciekawie zobrazowaną historią warto dodać  i – co najważniejsze – z pełną wersją utworu, więc jak ktoś ma ochotę na dłuższy wariant Lipca to zapraszam do odtworzenia klipu poniżej. W cwał to już Coma ujawnia się w pełnym znanym nam wymiarze ze specyficzną solówką, rozdygotaną sekcją rytmiczną i lekko doprawioną nowoczesną technologią.  Nadto interesująco na tym krążku prezentują się  Łąka 1 i Łąka 2. Łąka 1 ewidentnie intryguje i podtrzymuje w napięciu przez całość utworu, gdyż skonstruowano ją ciągłymi zmianami i zachwianą rytmiką. To całkiem zabawny utwór, z tekstem napisanym bez patosu, świetnie harmonizującym się z warstwą muzyczną. W dodatku Piotr próbuje tu nowych form wokalnych, bo w dość farsowy sposób bawi się swoim głosem, co jeszcze bardziej przykuwa uwagę słuchacza. Podobna rzecz się ma z kawałkiem Łąka 2, lecz pod względem brzmieniowym nieco odbiega od reszty kompozycji. Punkt zwrotny całego wydawnictwa stanowi rzecz jasna YU55 opisujący moment zderzenia się ziemi z tytułową asteroidą, czyli główny motyw, wokół którego obraca się cały koncept. YU55 przedstawia nam monolog Roguckiego z delikatnymi dźwiękami pobrzmiewającymi w tle. W tym monologu wokalista opowiada nam, że Adam Polak przeżywa wewnętrzną przemianę po spotkaniu z tytułową planetoidą, odczuwając przy tym głęboką potrzebę, by zajrzeć w głąb siebie i poznać ukrytą treść własnego życia. Zainteresować również potrafi Suchotka, przede wszystkim swoją bliskowschodnią linią melodyczną, która  jest w stanie porządnie nas rozruszać. Całkiem przednio przedstawia się też Biblioteczka, rozbudowana elektronicznie, nie brakuje w niej zatem przeszywających elektronicznych faz, dzięki którym kompozycja nabiera także niezłego rozpędu.  I w końcu następuje moment na płycie, gdzie zaczyna rozlegać się całkiem solidne gitarowe granie.  Mowa oczywiście o kawałku Jest to we mnie z zupełnie niespodziewaną wrażliwością, harmonią i bogactwem muzycznym, chyba najbardziej wyróżniają się pozycją na tym albumie. Miłą niespodzianką są tu również emocjonalne dźwięki gitary i kojące stuknięcia fortepianu, a te nadają kompozycji już subtelniejszego charakteru.

O ile bezkrytyczny, ale jakże urokliwy romantyzm działał dość skutecznie w kontekście poprzednich wydawnictw, o tyle zindywidualizowany przekaz ostatniego longplaya wyzwala w słuchaczach zupełnie inne emocje. Jeśli się głębiej nad tym zastanowić, myślę sobie, że to akurat dobrze. Paradoksalnie zespół w ten sposób się rozwija, brnie do przodu, otwiera się na nowe muzyczne horyzonty, stawiając przy tym na krótkie, lecz konkretne piosenki, na połączenie elektroniczno-gitarowego rzemiosła, wsparte niekiedy mocniejszymi zagraniami. Coma pokazała już, że większym bądź mniejszym powodzeniem, potrafi robić z rockiem coś niebywałego, przeplatając go z poezją i aktorską formą wyrazu, a tym razem łącząc go jeszcze z elektroniką i audiobookiem.

„2005 YU55” to niewątpliwie odważne wydawnictwo oraz – jak na początku napomknęłam – znacznie odbiegające od dotychczasowego dorobku muzycznego łódzkiej formacji. I faktycznie, pod wieloma względami wzbudza kontrowersje, co z pewnością podzieli fanów, podobnie zresztą jak w przypadku „Czerwonego Albumu”. Być może Coma nawet straci część z nich, tych zaciekłych, którzy z rozkwileniem wspominają rozwleczone w nieskończoność, przesiąknięte nostalgią i pesymizmem kompozycje Spadam, Leszka Żukowskiego albo epicką Ciszę i Ogień. Czyli utwory – trzeba przyznać – o potężnej sile rażenia, dzięki którym grupa zyskała sobie rzesze miłośników. Nie da się też ukryć, że nowo zaserwowany materiał, to materiał trudny w odbiorze, zarówno tekstowo, jak i muzyczne, nie każdy w związku z tym będzie w stanie od razu go pojąć. Dlatego warto podejść do niego kilkakrotnie, żeby odkryć wszystkie jego niuanse i w pełni zrozumieć przekaz konceptu zawartego w tej opowieści. Niemniej Coma wydając ten album, udowodniła nam, że nie bała się kroczyć w nieznaną drogę, i eksperymentować z nowymi dźwiękami. Czy eksperyment wobec tego się powiódł (powracając do uprzednio zadanego przeze mnie pytania)? Otóż z całym przekonaniem przyznam, że tak. Comie za ten album bez wątpienia należą się słowa uznania, przede wszystkim za umiejętne wmieszanie do swojej twórczości nowych brzmień, niebanalne przedstawienie świata za pomocą dźwięków, szczere emocje w głosie Roguckiego i za wykreowanie ciekawego bohatera, jak również spójnej (jednak dość trudnej w odbiorze i wymagającej zagłębienia się) historii.

Zarówno muzycznie, jak też lirycznie najnowsze dzieło Comy magnetyzuje i ujmuje swoją treścią. Może dla niektórych wydawać się nieco specyficzne, wręcz dziwne, ale to akurat czyni je wyjątkowym na tle innych wydanych w tym roku albumów. Jak na razie ostatni studyjny album Comy okazał się najbardziej dojrzałym materiałem w dotychczasowym dorobku muzycznym łodzian, co oczywiście dowodzi, że zespół muzycznie nie tkwi w jednym w miejscu, tylko nieustannie się rozwija, a jak wiadomo – ciągła ewolucja to jedna z priorytetowych wartości artystycznych. Spotkanie z asteroidą 2005 YU55 uważam zatem za coś nieziemskiego, to zdobycie zupełnie nowego doświadczenia, które polecam każdemu – ceniącemu sobie ambitną muzykę i sztukę w jednym – osobiście nabyć. Tym bardziej że obcowanie z płytą „2005 YU55” wywarło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Z początku długo nie mogłam się od niej uwolnić, jej elektryzujące dźwięki po prostu tak bardzo mnie zahipnotyzowały, dlatego, aby ponownie doznać tego niesamowitego uczucia, z pewnością jeszcze niejeden raz do tego krążka będę powracać.

Odsłuch albumu

 

  • Piotrek H.

    Pani Kamilo, a nie jest tak przypadkiem, że Magda w Magdzie to ta sama, poznana przez internet dziewczyna z Turbacza, z którą bohater spotyka się w końcu w wynajętym pokoju i ponieważ nic z tej schadzki nie wychodzi, czar pryska? Wychodzi spod niej, dostrzega ją taką jak jest, i dochodzi do wniosku, że nie było to warte zachodu?

    • Kamila Świeży

      Panie Piotrze, jakże trafne spostrzeżenie! 😉
      „2005 YU55” jest płytą konceptualną, której wszystkie utwory zestawione razem opowiadają nam jakąś historię, tworząc tym samym spójną i zgrabną całość. Bardzo więc prawdopodobne, że opisywana przez Pana Magda w „Magdzie” to ta sama osoba, zarówno ta wspomniana w „Turbaczu”, jak także w innych utworach, w których przewija się postać charakterystyczna dla Magdy 😉

      • Piotrek H.

        Oczywiście, mnie chodziło wyłącznie o to, że osobiście nigdzie nie widzę, żeby Magda była prostytutką. Odbieram tą historię jako zapis nieudanego „internetowego romansu”. Szalenie podoba mi się jak Rogucki opowiada tą historię, zaczynając od niepokoju, decyzji, a kończy na rozczarowaniu. Pozdrawiam 😉

        • Kamila Świeży

          Hmmm, no tak, określenie Magdy jako prostytutki to przede wszystkim moje własne spostrzeżenie. Bo faktycznie, w tekście „Magdy” (ani w żadnym innym utworze na płycie) nie jest jednoznacznie napisane, że nią jest. Ale wiadomo – liryki Roguckiego interpretować można różnie. Cieszę się jednak, że opowiadana na tym albumie historia mimo wszystko się Panu spodobała (mam co do tego podobne odczucia, dlatego cieszy mnie to, że nie jestem z tym sama:)) Szkoda tylko właśnie, że tak niewielu słuchaczy „2005 YU55” w ten sposób ją odbiera… Dziękuję serdecznie za komentarz do recenzji i również pozdrawiam! 🙂

  • Agnieszka

    „Ogólnie liryki nie są skomplikowane”- nie szufladkowałabym w ten sposób warstwy słownej tego albumu. Jest to całość, której nie można jednoznacznie klasyfikować jako liryki. Są partie liryczne, dramatyczne a niekiedy wieje prozą i nie tylko życia.
    „[…] poruszają całą menażerię odmiennych tematów” – dla mnie temat jest jeden – Adam Polak, a głos Roguckiego brutanie wrzuca nas w chaotyczny świat jego odczuć i myśli (nie tylko codzienność).Przeżywamy te jego wzloty i upadki, podglądamy mizerię życia jak w „Dniu świra”.

  • to ja

    Nuda, porazka, Coma wroc do pierwszych trzech plyt, dzieki ktorym zdobylac slawe a eksperymenty solo-Roguckie zostaw w niepamieci, sa przedasane.

  • Anonim

    jestem zawiedziony i rozczarowany super granie sie skończyło ,pozostaje dalej słuchac starszych świetnych płyt i czekać może stara dobra coma kiedys wróci

  • Michau Polansky

    Najlepsza płyta Comy. Skoczyli o dwa a może nawet o trzy muzyczne poziomy wyżej. Słuchacze o niskiej świadomości muzycznej będą rozczarowani. Zespół się rozwinął, ustawiając poprzeczkę za wysoko dla mniej wyrobionych muzycznie fanów.

november, 2017

18nov(nov 18)19:00(nov 18)19:00PAWEŁ DOMAGAŁA 18.11 Białystok – Sala Koncertowa na Podleśnej

21nov(nov 21)19:00(nov 21)19:00PAWEŁ DOMAGAŁA 21.11 Gdańsk – Stary Maneż

22nov(nov 22)19:00(nov 22)19:00PAWEŁ DOMAGAŁA - 22.11 Toruń – CKK Jordanki

26nov(nov 26)19:00(nov 26)19:00PAWEŁ DOMAGAŁA - 26.11 Cieszyn – Teatr im. A. Mickiewicza

27nov(nov 27)19:00(nov 27)19:00PAWEŁ DOMAGAŁA - 27.11 Częstochowa – Filharmonia Częstochowska

Teledyski

Loading...

Obserwuj nas na Twitterze

X