Recenzja: Ed Sheeran – Divide ÷

Recenzja: Ed Sheeran – Divide ÷

W karierze muzyków nierzadko spotkamy się z „postojami” na ich drodze artystycznej. Takie przerwy od działalności muzycznej spowodowane są przeważnie potrzebą odpoczynku, zdobycia kolejnych doświadczeń, zebrania nowych pomysłów czy znalezienia ciekawych inspiracji do komponowania dalszej twórczości. Z podobnej przerwy skorzystał Ed Sheeran – znany brytyjski piosenkarz, którego zapewne nie trzeba Wam przedstawiać, bo dość pokaźną, światową popularność zdobył już po wydaniu dwóch pierwszych albumów – debiutanckiego „Plus (+)” z premierą w 2011 roku oraz następującego po nim –  „Multiply (x)” z 2014 roku. W marcu br., po rocznej nieobecności na muzycznej scenie, artysta powrócił na nią z trzecim studyjnym wydawnictwem zatytułowanym dosyć enigmatycznie – równie jak jego wcześniejsze krążki – „Divide (÷)”. Jak się później dowiecie, nie bez powodu nadano mu taki tytuł. Ale czy wycofanie się na jakiś czas z muzycznego światka pozytywnie wpłynęło na nowe dzieło Brytyjczyka? Czy, jak w przypadku dwóch poprzednich longplayów, zyska ono kolejny światowy sukces, podbije zarówno rekordy sprzedaży, jak i liczbę odsłuchań na serwisach streamingowych? Na te pytania z pewnością znajdziemy odpowiedzi, analizując wyżej wspomniany, najnowszy album.

Przed przejściem do meritum warto napomknąć, że na uprzednich dokonaniach Sheerana swoją publiczność zdobył on przede wszystkim dzięki osobniczemu połączeniu popowej przebojowości z folkową otwartością i dyskretnym naleciałościom w stronę rytmów r’n’b. Te ostatnie swymi intrygującymi brzmieniami witają nas już w otwierającym „Divide” – Eraser. To utwór nadto z wyjątkowo charakterystycznym i chwytliwym biciem gitary, w tle której słychać głos rapującego Eda, oparty na elektronicznym aranżu. Ów klimat koreluje autobiograficzny Castle on The Hill, uwielbiany przez polskich fanów Sheerana, głównie ze względu na polski akcent wykorzystany w teledysku nakręconym do tego utworu. Po tym Ed zachwyca zaśpiewanym z afektacją Dive, nagranym z niebywałym czarem niemalże jak przy klasycznych miłosnych balladach sprzed wielu lat. Wśród kompozycji o tej konwencji stylistycznej, znajdujących się na wydawnictwie, ta zdecydowanie uwydatnia się najbardziej, w dużej mierze poprzez zabarwioną emocjonalnie moc wokalu, dzięki której słowa nabierają dodatkowego wydźwięku. Sentymentalny nastrój skrusza taneczny i zmysłowy zarazem Shape of You, wzbogacony dwuwarstwowym refrenem, obdarzony zaskakująco smukłą rytmiką oraz świetnym potencjałem do koncertowych aranżacji. Nic więc dziwnego, że kawałek ten dosyć szybko podbił światowe listy przebojów. To właśnie takimi numerami Sheeran zjednuje sobie rzeszę fanów. A jak jest z pozostałymi kawałkami na płycie? W większości z nich dominuje oczywiście gitara akustyczna, będąca nieodzownym instrumentalnym insygnium Eda. Podążając za nią, czyli – można powiedzieć – za swoistym schematem reprezentującym styl muzyczny artysty, docieramy do następnej spokojnej nuty, a mianowicie Hearts Don’t Break Around Here. Jest już ona niestety ciut za słaba, by podtrzymać ożywione wcześniej napięcie, przez co wywołuje tymczasowy spadek uwagi, której nie podwyższa również nieco dynamiczniejszy What Do I Know?. Podobnie sprawa się ma z Galway Girl, według mnie chyba najsłabszą pozycją na „Divide”. To typowe romansidło z muzyką przywodzącą na myśl irlandzkie strony. Nie dziwi zatem fakt, że wydawcy nie chcieli, aby owa piosenka trafiła w zestawienie tegorocznego albumu Eda. Jak widać, ostatecznie postanowiono inaczej. Znane szczególnie z internetu How Would You Feel (Paean) ratuje jednak pogorszoną sytuację. Ta z kolei wydaje się najlepszą balladą na tym krążku. Pod względem brzmieniowym oraz słownym jest w stanie nawet konkurować z popularnym Thinking Out Loud pochodzącym z drugiego studyjnego dzieła Eda pt. „Multiply”.  Niemniej nie o konkurencję się tu rozchodzi. Zachowany na prawie samo zakończenie kompilacji utwór stanowi bowiem introdukcję do wielkiego finału. Złamanie schematu następuje w zwieńczającym wersję podstawową recenzowanego tutaj wydawnictwa – Supermarket Flowers. Urzekająca prostotą, osobista, poświęcona nieżyjącej już babci naszego bohatera, czarowna ballada z fortepianowym akompaniamentem w tle, trzeba przyznać, dosyć mocno chwyta za serce. I właśnie dla takich momentów warto łamać utarte schematy. Ciekawie się też prezentuje wersja deluxe niniejszego krążka, składająca się między innymi z dwóch całkiem wyborowych nagrań w postaci Barcelona i Bibia Be Ye Ye, ubarwionych latynoskimi śladami przenoszącymi nas na słoneczne ulice włoskiego miasta. Warto więc w ramach uzupełnienia podstawy zaznajomić się również z tą wersją płyty.

To, co niewątpliwie pozwoli Sheeranowi utrzymać zyskaną we wcześniejszych latach popularność, to jego szczere w wymowie teksty piosenek. Bliskie słuchaczom kwestie poruszane w warstwie lirycznej pozwalają na prędkie odnalezienie się w twórczości Brytyjczyka. Usłyszymy tu między innymi o zwyczajnych, przyziemnych dla nas sprawach, jak np. o rodzinnym mieście, dziewczynie z irlandzkiej formacji; o człowieku wydającym zarobione pieniądze na dżinsy; o cenie sławy i radzie otrzymanej od ojca, czy chociażby o obserwowaniu swojej byłej dziewczyny na Instagramie. Ed Sheeran na swojej trzeciej długogrającej płycie powiela oraz dzieli tematy, nadal będąc tym samym zwykłym facetem, którym był, zanim jeszcze dopadła go sława, przez co łatwiej spojrzeć na niego jak na normalnego człowieka, a nie wielką gwiazdę. W dodatku wokalista wciąż zachwyca refrenami, dzięki którym cały świat nuci jego piosenki, nie bacząc zbytnio na niedociągnięcia, które gdzieniegdzie daje się wychwycić na owym krążku.

Jaka zatem jest ta płyta? Jest na pewno bardzo zróżnicowana i poniekąd –  jak tytuł – podzielona.  Przyznam, że nawet po kilku odsłuchach trudno jest wyłapać z niej jakąś spójność, fragmenty scalające poszczególne utwory – możemy je wyłonić dopiero przy ostatnich jej pozycjach. Zresztą, jak przed chwilą wspomniałam, na to wskazuje również tytuł wydawnictwa i taki rzekomo też był jego zamysł. Nie ukrywam jednak, że przez stylistyczne przeskoki trochę niełatwo jest się odnaleźć w trakcie słuchania całego krążka. Tym bardziej że przejścia te są dość wyraziste – od rapu, przez balladę, rock, pop, po irlandzką pieśń ludową. Dla kogoś, kto nie lubuje się we wszystkich tych gatunkach, odbiór krążka może przyprawić o delikatny zawrót głowy. Czy warto wobec tego zainteresować się „Divide”? Jeżeli jest się fanem Eda Sheerana, to zdecydowanie tak. „Divide” to bezapelacyjnie pozycja obowiązkowa każdego jego fana. Jeżeli zaś nie, ale ciekawią kogoś dobrze zaaranżowane, nośne kawałki pop, myślę że nowy longplay także powinien przypaść do gustu. To album, mimo drobnych niedoskonałości, trzymający dość wysoki poziom. Krążek, który raptem półtora miesiąca po premierze zdołał podbić wiele list sprzedaży na całym świecie – już pierwsze dwa wydane na początku roku single – Shape of You oraz  Castle on the Hill – zaskarbiły sobie ogromną sympatię odbiorców. Nie jest on natomiast kolejnym przełomowym albumem – tak imponującym jak w przypadku fenomenalnych „Plus” i „Multiply”. Brak w nim prawdopodobnie czegoś, co odróżniłoby „Divide” od poprzedników. Gdyby się to pojawiło, niewykluczone, że zmieniłoby tę postać rzeczy. I tutaj raczej nie przerwa od aktywności muzycznej miała na to wpływ, lecz odpowiednie wykorzystanie możliwości Eda. A znając je, wierzę, że jego następna produkcja może się jeszcze do tego przyczynić.

Ocena 4/5

Tracklista:

  1. Eraser
  2. Castle on the Hill
  3. Dive
  4. Shape of You
  5. Perfect
  6. Galway Girl
  7. Happier
  8. Hearts Don’t Break Around Here
  9. New Man
  10. What Do I Know?
  11. How Would You Feel (Paean)
  12. Supermarket Flowers

Wersja deluxe
13. Barcelona
14. Bibia Be Ye Ye
15. Nancy Mulligan
16. Save Myself


Ed Sheeran FACEBOOK

Ed Sheeran OFICJALNA STRONA

SINGLE

 

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

O Autorze

Ostatnio dodane:

  • Marianna W.

    Recenzja byłaby naprawdę dobra, gdyby autorka nie podpierała się tak mocno analizami innych ludzi… Polecam więcej samodzielności i opisywania własnych odczuć, nie kopiowania tych z Internetu.