Recenzja: Empik prezentuje – Irena Jarocka

Recenzja: Empik prezentuje – Irena Jarocka

Lubimy piosenki, które już znamy, o czym doskonale wiedzą dyrektorzy muzyczni komercyjnych stacji radiowych. I szefowie wytwórni płytowych wprowadzający na rynek wszelkiej maści składanki opatrzone tytułem „the best of”. Popyt na osłuchane przeboje nie jest w końcu nowym zjawiskiem i z pewnością będzie zawsze „na czasie” – dlaczego więc go nie wykorzystać?

Być może z takiego założenia wyszli twórcy ostatniej kompilacji z (prawie) wszystkimi największymi przebojami Ireny Jarockiej. Tyle że zapomnieli o jeszcze jednej zasadzie – lubimy utwory w oryginalnych wersjach. Te zaprezentowane na płycie zostały nagrane na nowo w 2010 r. Zastanawiam się tylko – po co? Kilka piosenek pochodzi z ostatniej studyjnej płyty wokalistki z 2008 r. (nie licząc świątecznego albumu „Ponieważ znów są święta” wydanego w 2010 r.) zatytułowanej „Małe rzeczy”. Podejrzewam, że dla większości słuchaczy będą premierowymi nagraniami. Nie rozumiem zamysłu wydania albumu, który z jednej strony aspiruje do miana zbioru najpopularniejszych hitów, a z drugiej – próbuje nieśmiało przypomnieć, że Jarocka była zawodowo aktywna do niemal ostatnich dni życia (zmarła 21 stycznia 2012 r.).

Szkoda, ponieważ z bogatego repertuaru piosenkarki można by stworzyć niezwykle przebojową kompilację, która byłaby świetnym zapisem jej największych sukcesów przypadających na lata 70. Wtedy to utwory: „Motylem jestem”, „Odpływają kawiarenki”, „Wymyśliłam cię” i „Był ktoś” zyskały tytuły piosenek roku.  Pierwsze miejsce na krajowych listach przebojów okupowały również: „By coś zostało z tych dni”, „Sto lat czekam na twój list”, „Być narzeczoną twą” oraz „Piosenka spod welonu”.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego na płycie zabrakło takich hitów, jak: „Nie wrócą te lata”, „Śpiewam pod gołym niebem”, „Kocha się raz”, „Co mnie w tobie zachwyciło”, „Chłopcy z weselszych lat”, „To, co zdarza się raz” czy „Jeśli kochasz”.

Niewesołe refleksje towarzyszyły mi również w trakcie słuchania płyty. Żałuję, że muszę to napisać, ale nowe aranżacje, choć nawiązujące do pierwowzorów, brzmią jak próby półamatorskiego zespołu weselnego („Ślubne prezenty”) albo podkłady do karaoke („Wymyśliłam cię”). „Motylem jestem” w odsłonie a’la dance też mnie nie przekonał. Aranżacyjny „koszmarek” w „Piosence spod welonu” miał chyba przywoływać klimat amerykańskich saloonów (podobnie jak w „Sto lat czekam na twój list”), wywołuje jednak politowanie. Zaskoczyła mnie oryginalna (!), pochodząca z 1984 r. „Beatlemania story”, która zupełnie nie pasuje do tego osobliwego zbioru niezbyt udanie odświeżonych klasyków.

Cieplejsze słowa należą się nagraniom, które powstały przy udziale profesjonalnych muzyków i w profesjonalnych warunkach. „Małe rzeczy” to ciepła, delikatna bossa nova, przypominająca „Teraz płynę” Beaty Kozidrak. Kolejną udaną propozycją jest „Nie mijaj życie me” – osobiste wyznanie dojrzałej kobiety, mającej świadomość kruchości życia i nieuchronnego upływu czasu. To zdecydowanie najjaśniejsze punkty tej płyty.

Bogaty dorobek artystyczny Ireny Jarockiej został rozmieniony na drobne. Nieudane aranżacje nie wskrzesiły ducha lat 70., powiedziałbym raczej, że stały się gwoździem do jego trumny. W bardzo dosłownym znaczeniu tego słowa.

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

O Autorze

Ostatnio dodane: