Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: Irena Jarocka – „Irena Jarocka, której nie znacie”

21 stycznia br. minęła piąta rocznica śmierci Ireny Jarockiej – piosenkarki, która największe sukcesy święciła w latach 70. Później szturmująca polską estradę fala rocka zepchnęła ją, i innych wykonawców tzw. „muzyki środka”, na dalszy plan. Dwie kolejne dekady również nie okazały się być dla niej łaskawsze. Dlatego też w pamięci słuchaczy na zawsze pozostanie wykonawczynią urokliwych „Kawiarenek” czy zalotnego „Motylem jestem”, które nagrała u szczytu powodzenia. Szkoda.

Trudno oczekiwać, że najnowsza składanka „Irena Jarocka, której nie znacie” zmieni ten stan rzeczy, choć z założenia ma ona poszerzyć i pogłębić artystyczny wizerunek gwiazdy. Najpewniej sięgną po nią przede wszystkim najwierniejsi wielbiciele Jarockiej. To zresztą zrozumiałe. Przeciętny meloman raczej nie będzie miał potrzeby wzbogacenia swojej wiedzy…

Odkładając te rozważania na bok, czas najwyższy, abym przyjrzał się 2 – płytowemu wydawnictwu. Pierwszy krążek to zbiór nagrań koncertowych i festiwalowych – z Opola, Sopotu, Kołobrzegu i Zielonej Góry. Drugi zawiera mało znane, głównie niewylansowane, utwory z repertuaru wokalistki. Przekrój jej repertuaru jest bardzo bogaty i szczerze żałuję, że nie zachowano tu chronologicznego ułożenia kolejnych piosenek. Z pewnością poprawiłoby to ich odbiór, a słuchacz mógłby zaobserwować (i usłyszeć), w jaki sposób na przestrzeni lat zmieniał się głos Ireny Jarockiej.

Jest to bardzo istotna sprawa przede wszystkim w kontekście płyty live, której – nawiasem mówiąc – dosyć mocno się obawiałem. Dlaczego? Powód jest prozaiczny. Wydanie takiego materiału to ryzykowne posunięcie, zważywszy na skromne możliwości wokalne Jarockiej. Ostatecznie nie jest najgorzej, choć trochę zbyt często słychać, że śpiewała na ich granicy.

Twórcy płyty – o czym już wspomniałem – nie zadbali o chronologię, dlatego postanowiłem przesłuchać nagrania od tych najstarszych, kończąc na najnowszych. „Szumi wiatr” i „Zegar pięknego dnia” z połowy lat 60. zdążyły się już co prawda zestarzeć, ale czeka tu na nas miła niespodzianka. Irena Jarocka wyśpiewała je w naturalnym rejestrze (alt)! Choć jeszcze trochę nieśmiało i dosyć „surowo”, ale naprawdę przekonująco. Występom z lat 70. również trudno odmówić autentyczności. Jeśli jest wesoło („Motylem jestem”), to rzeczywiście takie emocje przekazuje gwiazda. Jeżeli ma być zaduma i patos („Ballada o żołnierzu, któremu udało się powrócić”), to i w tym wypadku zadanie jest wykonane bezbłędnie. Tyle że tutaj słyszymy już piosenkarkę śpiewającą… sopranem. To efekt kilkuletniego pobytu we Francji. Czy to dobra zmiana? Niekoniecznie. Słychać to przede wszystkim w sztandarowym przeboju wokalistki – „Motylem jestem”. Zwrotki, a zwłaszcza fraza „jak motyle” została zaśpiewana na granicy krzyku, ze względu na zbyt wysoką tonację utworu. Zdecydowanie lepiej wypada pod tym względem walc „By coś zostało z tych dni”, choć wyższe dźwięki i tutaj są „przytłumione”. Na tym tle pozytywnie brzmią „Narzeczone żołnierzy”, może dlatego, że frazy są tutaj dosyć krótkie. Podoba mi się wykonanie mało znanej piosenki „W cieniu dobrego drzewa” (świetnie wplecione w całość organy Hammonda), choć w pierwszej zwrotce jest tu parę „zawahań” wokalnych Jarockiej.

Później następuje „przeskok” do roku 2001 i nagrań koncertowych ze studia Polskiego Radia. Tu Jarocka znów śpiewa naturalnym altem. Różnica w oprawie muzycznej względem wcześniejszych utworów (orkiestry radiowe vs. zespół instrumentalny) jest znacząca i jedno jest dla mnie pewne – nie będę wracał do tych wykonań.

Z ciekawostek – „Kocha się raz” oraz „Hej piechoto, piechoto” to… wersje studyjne, nie koncertowe. Dziwne przeoczenie.

I jeszcze gwoli sprawiedliwości – publiczności w ogóle nie przeszkadzały wokalne zawiłości, o których wspomniałem. Euforia po wykonaniu „Motylem jestem” czy „Kawiarenek” sięgnęła zenitu… Może to ja się czepiam?

Trudno, niech to pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Sięgam po drugi krążek, już bez podobnych dylematów.

Moją uwagę zwróciły przede wszystkim piosenki wydane w przeszłości na nagranym w 1981 r. longplayu „Irena Jarocka”. „Mam temat na życie” to udana próba przeniesienia elementów muzyki country na polski grunt. Lekki i rytmiczny „Bliski sercu dzień” miał zadatki na przebój. Może gdyby powstał 2, 3 lata wcześniej…? „Bądź z nami dobrej myśli” to utwór, w którym pierwsze skrzypce gra interpretacja Jarockiej, a nieco z tyłu pozostaje muzyka. Piosenka odnosi się do trudnego roku 1981 i niestabilnej sytuacji gospodarczo – politycznej w naszym kraju.

„Milczenie we dwoje” to kolejne spotkanie z głosem piosenkarki (tu brzmi naprawdę dobrze), a kolejną retrospekcję stanowią „Bujne trawy” i „Rozstanie z morzem”, pochodzące jeszcze z lat 60. Na ich tle bardzo nowocześnie brzmi funkowe „Chyba się warto bić” i pełne syntetyzatorowych brzmień „Nocne telefony”. Bawi nagrany i zaśpiewany w kabaretowo – aktorskim stylu „Mój słodki Charlie”… Uff… Słuchając tej płyty, z pewnością nie będziemy się nudzić.

Postać Ireny Jarockiej zasługuje na upamiętnienie. To nie ulega wątpliwości. Nie do końca odpowiada mi jednak przypadkowość w doborze i ułożeniu nagrań, które pojawiły się na albumie. Niemniej stanowią one dużą ciekawostkę, nawet wykonania live, ponieważ taka była i tak śpiewała Irena Jarocka. A czy komuś się to podoba, czy nie – to już zupełnie inna sprawa…

Komentarze są zamknięte, ale 1 | Trackbacks i Pingbacks są otwarte.

X