Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: KARRAKAN – Karrakan EP

Zapewne już wielokrotnie zetknęliście się z takimi frazami jak: nie oceniaj książki po okładce, nie szata zdobi człowieka, nie sądź po pozorach   –  to, że warto kierować się nimi w życiu codziennym, przypuszczam, iż też się o tym przekonaliście. U mnie kolejna okazja, by się o tym przekonać, nadarzyła się, gdy otrzymałam do przesłuchania debiutancki materiał EP ostrołęckiej formacji Karrakan. Przedstawiona obok okładka płyty, o której zaraz będzie mowa, mogłaby niektórych raczej zniechęcić do zapoznania się z jej treścią, podobnie rzecz się ma z nazwą zespołu, kojarzącą się dość jednoznacznie. Zanim jednak wyrazi się o niniejszym materiale jakąkolwiek opinię, warto dogłębnie zaznajomić się z jego zawartością. Choć wbrew temu, co napisałam, takie powierzchownie negatywne zabarwienie wizerunku może właśnie wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Wiadomo, wszystko zależy od typu odbiorcy. Przejdźmy wobec tego do istoty sprawy, czyli do zespołu Karrakan i jego debiutanckiej EPki.

Karrakan na polskiej scenie muzycznej istnieje od dosyć niedawna. Jego założycielami są bracia Sierzputowscy, a mianowicie wokalista i zarazem gitarzysta Piotr Sierzputowski oraz saksofonista Jan Sierzputowski. Z czasem dołączyli do nich basista Kamil Badeja i perkusista Dominik Górski. Muzycy swoje inspiracje w dużej mierze czerpią z wczesnych dokonań takich legendarnych zespołów jak Queen, Black Sabbath czy Led Zeppelin, nie odcinając się jednocześnie od szyldów spod znaku metalu. Nie stronią również od wojaży w kierunku stoner i progresywnego rocka; to właśnie w obrębie tych nurtów starają się ukształtować swoje aktualne brzmienie, co można wychwycić na ich debiutanckiej, wydanej własnym sumptem, eponimicznej EPce, czyli zatytułowanej równie jak nazwa grupy – Karrakan. Ów mini-album liczy sobie 7 utworów. Całość tworzy niesamowicie wybuchową mieszankę gitarowych, rock’n’rollowych brzmień zakotwiczonych w klimatach lat 70. oraz 80., gdzieniegdzie przybierających nieco cięższy, metalowy wydźwięk. Kompozycje dodatkowo uszlachetniono poetyckimi tekstami i jazzowym pierwiastkiem – saksofonem, co wydaje się mało popularne w tego rodzaju stylistykach. Grupa w ten sposób stara się odejść od tradycyjnych, rockowych konwencji, urozmaicając swoje aranżacje i wplątując do nich echa własnej inwencji twórczej, dzięki temu nabierają one oryginalności i delikatniejszego zarysu.

Już początek albumu, otwierająca go Astaragalia, spotkała się z moim zainteresowaniem. To kawałek świetnie przygotowujący nas na iście ekstremalną i hardcorową jazdę. Wystarczą pierwsze jej soczyste nuty, aby wciągnąć się w wir kolejnych dających niezłego, muzycznego kopa wzmagającego chęć do posłuchania następnych energetycznych kawałków. To piosenka idealna na pierwszą pozycję, krótko mówiąc – znakomity „otwieracz” płyty.

Podobny klimat utrzymuje się do utworu Mała Apokalipsa. Po przesłuchaniu EPki odnosi się wrażenie, jakby płyta była brzmieniowo rozgraniczona. Pierwsze cztery kawałki można by przypisać do stylu „hard”, pozostałe zaś przydzielić do „heavy”. Ponad połowa krążka prezentuje nam zatem mięsiste hard rockowe granie z podszeptami rocka progresywnego. Jest więc różnorodnie, nie brakuje zaskakujących, muzycznych zwrotów akcji – połamanej rytmiki, efektownych zmian tempa tudzież melodii, które ponadto dopełniano krótkimi instrumentalnymi pasażami. Ten opisany stan rzeczy doskonale nam odzwierciedla Gawęda o Istnieniu. W niej oraz Małej Apokalipsie posłyszeć możemy także powłóczyste parantele z jazzem. Nie da się ukryć, że instrumentarium wzbogacone o saksofon wiedzie tutaj prym, jest u Karrakan wyraźnym znakiem rozpoznawczym, co pozwala grupie uniknąć powielenia klasycznych wzorców i nadania jej tradycyjnej, rockowej etykiety.

Następne pozycje to numery, którym, tak jak wcześniej wspomniałam, przyznać można miano „heavy”. Zaliczają się do nich: Toksykomania, Robak Zdobywca oraz Larum.  W tej części Karrakan odsłania nam już znacznie mroczniejsze i cięższe oblicze. Tu i ówdzie zdaje się też usłyszeć powiązania do metalowych brzmień grupy Kat. Wsłuchując się w Robaka Zdobywcę trudno oprzeć się wrażeniu, że zespół kierowany kiedyś przez Kostrzewskiego i Luczyka odciął w tym miejscu swoje piętno. Ciekawym dla ucha jest również ostatni instrumentalny utwór – Larum. W nim zawędrujemy już w trochę inne artystyczne interiory, w których napotkamy żywiołowe zespolenie ciężkich przesterowanych gitar z ognistymi funkowymi rytmami, barwnie uatrakcyjnionymi przez saksofon. Larum jest więc świetną odskocznią od pozostałości i zarazem wyśmienitym zwieńczeniem krążka.

Karrakan, jak widać, aspiruje do tego, by na tle innych rockowych zespołów pozostać oryginalnym w swym kunszcie, wnosząc do niego sporo własnych niekonwencjonalnych pomysłów. Oznacza to też, że nie chce się on zamykać w jednym nurcie muzycznym; na swojej debiutanckiej EPce nie wyalienuje się od urozmaiceń i rozgałęzień w inne style, co umożliwia jej wyjście poza typowy sznyt rockowo-metalowych dźwięków. Płyta w związku z tym nie jest jednostajna, nie nuży słuchacza, można powiedzieć, że swoją stylistyczną wariacją wręcz rozbudza jego ciekawość na więcej. Dużym plusem owego krążka są także ambitne, głębokie w wymowie, zmuszające do refleksji, poetyckie teksty zaczerpnięte z wierszy autorstwa dziadka braci Sierzputowskich – Alfreda Sierzputowskiego, lecz nie tylko – artyści również sami biorą udział w tworzeniu warstwy tekstowej. Miłym zaskoczeniem podczas odsłuchu albumu było dla mnie też to, że wszystkie teksty zaprezentowane zostały w języku polskim, grupa wobec tego nie dąży do tego, by na siłę wpisać się w trend współczesnych polskich wykonawców muzycznych poprzez wprowadzanie do części lirycznej angielskiego akcentu. Mało tego, artyści porywają się nawet do przekładania poematów oryginalnie napisanych w języku angielskim na język ojczysty, o czym dowodzi nam jeden utwór, którego słowa pierwotnie wyszły spod pióra amerykańskiego klasyka – Edgara Allana Poe. Wspomniany wcześniej nieraz saksofon także odgrywa w twórczości Karrakan dość istotną rolę, ciekawie bowiem podbija jej sekcję rytmiczną, nadając jej tym samym wyrazistszej głębi i nietypowego odcienia (biorąc pod uwagę gatunek muzyczny, w kręgu którego zespół zamierza się obracać). Karrakan jest więc świetnym przykładem tego, że w muzyce wciąż można utworzyć coś niesztampowego oraz niepowielającego schematów.

Fot. Jerzy Żebrowski (zapożyczone)

Zbliżając się ku końcowi tejże recenzji, przyznam, że jak na debiut Karakan wywarł na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Do osiągnięcia światowego czy chociażby krajowego poziomu co prawda jeszcze mu ciut brakuje, ale muzycy przecież nie spoczęli na laurach. Wydanie pierwszej EPki to wszak nie jedyne, do czego dążą. Profesjonalne wydawnictwo miało ostrołęczanom tylko ułatwić doskonalenie i rozwój dalszej działalności, która ta z kolei jest także okazją dla rozwoju innych młodych artystów.

Dotychczasowe dokonania zespołu z Ostrołęki zawierają zatem solidne fundamenty do tego, by wybić się i zaistnieć na rodzimej bądź (kto wie) nawet na światowej scenie muzycznej. Tym bardziej że utwory ubogacono interesującymi aranżami, są na dodatek bardzo nośne, pełne pozytywnej energii i, co najważniejsze, prawdziwej przyjemności z grania. To rezultat ogromnych pokładów pasji do tego, czym członkowie z Karrakan się zajmują. Warto te starania docenić, sięgając po tę płytę i poświęcając jej swoją uwagę. Materiał ten kieruję szczególnie do tych, którym w duszy gra rock – zarówno do sprzymierzeńców klasyki, jak i tych, którym bliższe są heavy metalowe czy progresywne brzmienia. Choć ci uwrażliwieni na szlachetność dźwięków, a także na ciszę, myślę, ze również nie powinni być nim zawiedzeni. Szczerze polecam.

Oficjalna strona KARRAKAN

KARRAKAN na FACEBOOKU

Ocena 4,5 / 6

Tracklista:

  1. Astaragalia
  2. Gość i Pragnienie
  3. Gawęda o istnieniu
  4. Mała apokalipsa
  5. Toksykomania
  6. Robak Zdobywca
  7. Larum

  • Piotr Zagroba

    „eponimicznej EPce zatytułowanej równie jak nazwa grupy – Karrakan” – masło maślane much?

    • Kamila Świeży

      Nie każdy wie, co owo słowo „eponimiczny” znaczy, dlatego tak dla jasności sprawy rozbudowałam to zdanie. Ale żeby już nikt więcej nie dostrzegł w nim masła maślanego, to delikatnie je zmieniłam.
      Dzięki za uwagę!

X