Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: KILWATER – Kilwater

Kilwater w żeglarskiej terminologii przeważnie definiuje się jako ślad na wodzie (tzw. ślad torowy) pozostawiony przez płynący statek, motorówkę czy ewentualnie deskę surfingową przecinającą falę morską.

Podobny ślad, tyle że w głowach słuchaczy, zostawia debiutancki album poznańskiego kwintetu Kilwater, zatytułowany tak samo jak nazwa grupy – „Kilwater”. Wodnych konotacji wychwycić można tu znacznie więcej, gdyż nie tylko nazwą Kilwater odwołuje się do tematu akwenów i odmętów. Ale o tym szerzej będę jeszcze miała okazję wspomnieć w dalszej części recenzji.

Mimo że krążek ten jest dopiero debiutem poznaniaków, to ze sceną muzyczną Artyści związani są już od dawna.

Kilwater działa bowiem od 2011 roku, dzięki temu nabył sobie dość spory bagaż muzycznych doświadczeń, który niewątpliwie przyczynił się do ukształtowania obecnego, trzeba przyznać –  oryginalnego stylu muzycznego zespołu. Pierwotnie poznaniacy grali, tak jak większość początkujących muzyków, covery. Starali się jednak tworzyć również własne nagrania, a te utrzymane były głównie w klimacie surf rockowym. I to właśnie Ich fascynacja surf rockiem, nurtem muzycznym scalającym w latach 50. ubiegłego wieku kulturę surferów i rock’n’rollowców, przyczyniła się do powołania na muzyczny świat formacji o nazwie Kilwater, której pierwszym poważnym owocem muzycznych starań jest niedawno wydany, wyżej wspomniany, debiutancki krążek „Kliwater”.

Ów album mieści w sobie trzynaście wybornie skomponowanych i spójnych ze sobą utworów. Całość, napędzana przyzwoitą porcją jazzu, osadzono głównie na postumentach surf rockowych. Jedenaście z albumowych pozycji to kompozycje wyłącznie instrumentalne okraszone wieloma muzycznymi, estetycznymi aspektami, takimi jak: retro, psychodelia, rock-fusion, progresja, Americana lat 70., funk oraz rock’n’roll. Pośrednią tychże muzycznych temperamentów kwintet określa dość nietypowo, bo jako Psychedelic Movie Surf Rock. A to dlatego że w dużej mierze panuje tu surf rockowy klimat – to przede wszystkim dzięki niemu płyta nabiera niekonwencjonalnego charakteru, który dodatkowo doprawiono szczyptą psychodelicznych brzmień. Co więcej, szeroko rozbudowane instrumentarium zaprezentowane na tym krążku może nam niekiedy przywołać na myśl muzykę filmową, głównie tę nadającą tło serialom kryminalnym, szczególnie tym z lat 70. ubiegłego wieku, stąd też w określeniu Psychedelic Movie Surf Rock zawarte słowo Movie. Na płycie znajdziemy również jeszcze jedno ciekawe urozmaicenie, a  mianowicie w dwóch utworach gościnnie pojawiają się znani wokaliści: Peter J. Birch i Gosia „Siara” Witkowska. Ich udział w nagraniu płyty jest więc świetnym jej ubarwieniem i uzupełnieniem o nieskazitelny śpiewny akcent z niebanalnym testem. Od razu nadmienię, że teksty napisane są w języku angielskim, co nadaje płycie lekki zachodni koloryt.

Przy omówieniu tego wydawnictwa warto wspomnieć, że jest to dzieło dosyć silnie pobudzające nasze zmysły, potrafi bowiem tak potężnie rozkołysać słuchaczem swoim jachtem obfitym w bogactwo różnorodnych, efektownie zharmonizowanych dźwięków, by przyczynić się do szerokiego „rozbujania” jego wyobraźni. Słuchając płyty jesteśmy niemalże wrzuceni w wir fantazji, dzięki której wyobrażamy sobie, jak na spokojnej tafli rock’n’rollowego akwenu napotyka nas sztorm progresywnego rocka i free jazzu. Z otchłani nagle wynurza się czteroinstrumentowiec, tnąc muzyczną taflę ostrzem dźwięków bijących z drgań uderzanych bębnów, tworzących za sobą charakterystyczny, torowy ślad Kilwatera. W pewnym momencie mamy wrażenie, jak gitarowe żagle – podparte na pokaźnym, rytmicznym maszcie – piorunująco targają tembrem saksofonu oraz akordami syntezatorów. I w tej burzliwej, morskiej toni daje się również usłyszeć psychodeliczny szloch syren i nimf, będący mrocznym podkładem dla utworów, prawie jak z klimatu, wcześniej przytoczonych, dawnych seriali detektywistycznych.

Debiutancki „Kilwater”, jak widać,  dość żywo działa na zmysły i wyobraźnię. Jest zatem materiałem, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Choć, jak na płytę opartą głównie na muzyce instrumentalnej, trwa długo, bo ponad godzinę. Nie uważam jednak, by było to za długo, ponieważ zaskakująca zmienność melodycznych wątków, intrygująca mozaika dźwięków i krzyżujące się ze sobą kierunki różnych brzmień wzmagają ciekawość słuchacza do poznania kolejnej nuty – cząstki opowieści przedstawianej na przestrzeni trwania całego krążka, a to sprawia, że album ten od początku do końca trzyma w napięciu i nie nuży. Odczucia te podsyca ponadto odpowiednio zmieniana rytmika, a także zróżnicowanie kompozycji oraz ich nieprzewidywalność. Do pobudzenia i skupienia się na materiale przyczyniają się też, jedyne na płycie, dwa kawałki z wokalem na czele Petera J. Bircha i Gosi „Siara” Witkowskiej, które mimowolnie zmuszają  odbiorcę do skoncentrowania się również na wyśpiewywanych słowach i przesłaniu z nich płynącym. Czyli nawet ktoś z niewytrawnym uchem bądź wysublimowanym gustem muzycznym bez wątpienia wyszuka tu coś, co wzbudzi jego zainteresowanie na więcej. Podsumowując – materiał powyżej prezentowany to materiał, z którym na pewno warto zapoznać się bliżej. Ogromna moc nieszablonowych dźwięków wynurzająca się z jego morskiej głębi zdecydowanie powinna przyciągnąć Was do siebie na dłużej. Tak więc prawdopodobieństwo, że zrecenzowany przeze mnie album „Kilwater” mógłby ujść Waszej uwadze, szacuje się tutaj niemal na zerowe.

Zachęconych owym wydawnictwem odsyłam do jego odsłuchu za pośrednictwem profilu bandcamp, dokładnie TUTAJ.

***

KILWATER na FACEBOOKU

WWW.KILWATER.PL

X