05 Grudzień, 2016

  • Instagram
Recenzja: Kongos „Egomaniac”
Foto: mat. prasowe

Recenzja: Kongos „Egomaniac”

To moja pierwsza recenzja po dłuższej przerwie. Dlaczego? Bo brakowało czasu, weny a może po prostu „spokoju umysłu”. Ostatnio w mojej głowie kłębi się wiele różnych myśli na raz i nie mogę ich uporządkować. I w końcu ta płyta wyzwoliła we mnie coś nieoczekiwanego – naładowała mnie pozytywną energią. Mowa o „Egomaniac” grupy Kongos.

Zastanawiacie kim są Kongos? Już mówię. Na pewno znacie ich chociażby z utworu „Come with me now„.

To czterej bracia: Johnny, Jesse, Dylan i Danny – synowie słynnego w latach 70-tych południowoafrykańskiego autora piosenek Johna Kongosa. Co wyróżnia ten zespół z grona ‘muzycznych odkryć’? To dyskretne włączenie afrykańskiego instrumentarium w całość brzmienia na płycie i nie rezygnowanie przy tym z nowoczesnego, atrakcyjnego brzmienia pop/rockowego. (źr. Sony Music Polska)

Egomaniac to trzeci studyjny album w dorobku Kongos. Brzmienie płyty zaskakuje od pierwszych dźwięków. Z jakiego powodu? Przede wszystkim poprzez wykorzystane instrumentarium, o którym szerzej poniżej.

Krążek otwiera singlowy „Take it form me”(teledysk wyżej), który z miejsca pobudza swoją energią. Połączenie akordeonu z elektroniką, bębnami i gitarami nadaje świeżości, wprowadza w radosny nastrój a także „oczyszcza głowę”. Utwór zapada w pamięć od pierwszego przesłuchania. Następny kawałek „The World would run better” to nadal energiczne klimaty, ale już trochę spokojniej. Słyszymy klawisze, gitary i akordeon w tle. Tym razem jednak melodia bardziej delikatna i płynąca niczym fale. „I want it free” znów lekko podkręca tempo – w końcu tekst namawia aby się „ruszyć póki nie jest za późno”. „Underground” to rockowy kawałek z tamburynem słyszanym w tle. „Autocorrect” z kolei jest naładowany elektroniką, ale przebijają się również gitary i akordeon.

W kolejnych utworach tempo znacznie zwalnia. „Where I belong” to uspokajająca ballada. „Birds do it” trochę szybciej ale nadal spokojnie z „solówką” na akordeonie. „2 In the morning” to powrót do balladowych klimatów z wykorzystaniem akompaniamentu klawiszy i delikatnie muskanej perkusji. Następnie „Look at me” to dość podniosłe epickie klimaty, w których znów słyszymy szeroką gamę instrumentów. Natomiast „I don’t mind” zahacza o klimat country-bluesowy. „Hey You, Yeah You” to powrót do elektroniki, tamburynu i akordeonu. W “Repeat after me” ponownie słyszymy bardziej rockowe klimaty z gitarami i perkusją na pierwszym planie. Ostatni utwór na płycie „If I could” to lekki pop rockowy kawałek, będący doskonałym zwieńczeniem albumu.

Wykorzystanie akordeonu nadaje płycie lekko folkowy charakter jednak ubrany w nowoczesną gamę elektronicznych instrumentów co nadaje oryginalności oraz świeżości całej kompilacji. Nie boję się stwierdzić, że jest to po prostu przebojowa płyta w czystym tego słowa znaczeniu. Przebój goni przebój.

Polecam każdemu zapoznanie się z tym albumem.

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Ekonomistka z artystyczną duszą. Miłośniczka koncertów na żywo. Otwarta na wszelkie gatunki muzyczne i nowe brzmienia, jednak najbliższa sercu jest szeroko pojęta muzyka alternatywna i progresywna. Ponadto w duszy gra jej synth-pop oraz muzyczne lata 80-te i 90-te. Zakochana po uszy w Depeche Mode. Od muzyki oczekuje jednego - oddziaływania na emocje. W wolnych chwilach lubi haftować, a jak tylko ma możliwość wybiera się na spacery z aparatem i słuchawkami na uszach.

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.