Recenzja: Manescape – Antibodies
Foto:Manescape Facebook

Recenzja: Manescape – Antibodies

Antibodies” – tak brzmi tytuł drugiego długogrającego albumu głogowskiego zespołu o nazwie Manescape. Album, który ujrzał światło dzienne w lutym br., pojawił się dopiero po ośmiu latach od wydania debiutanckiego longplaya głogowian – świetnie przyjętego przez słuchaczy i docenionego przez krytyków muzycznych – „Ex-ternal”. Ale już zarejestrowane w 2007 roku demo „D-Tape” dało grupie pierwszych fanów, a wydany po nim własnym sumptem mini album „In Progress EP” wywarł ogromne wrażenie na stale powiększającym się kręgu sympatyków muzyki Manescape. Jeśli natomiast chodzi o najnowsze wydawnictwo, to zdaje się, że do tej pory bardziej ono zostało dostrzeżone poza granicami naszego kraju. Płytę bowiem zrecenzowano w Niemczech, Holandii, Belgii, a nawet w USA i Egipcie, nie szczędząc przy tym słów uznania. Czas więc najwyższy na obszerniejszą opinię ze strony rodzimych recenzentów, dlatego też podjęłam się napisania niniejszej recenzji. Ponadto nie będę ukrywać, że zainteresowanie „Antibodies” zagranicznych opiniodawców wzbudziło także i moje zainteresowanie na osobiste spotkanie z brzmieniem owego wydawnictwa i tym samym chęć wyrażenia własnego zdania na jego temat.

Formacja Manescape została założona 2006 roku przez trzy muzycznie interesujące osobowości, a mianowicie Daniela Paluszka (wokal, gitara i teksty), Piotra Lubiaka (gitara basowa) oraz Tomasza Piechowiaka (instrumenty perkusyjne, za obecnie ich brzmienie odpowiedzialny jest Mario Bielski). 11 lat to wystarczająco długo, by artyści odnaleźli kierunek swoich muzycznych dążeń. Krążek „Antibodies” to zdecydowanie wojaże w stronę progressive/stoner rocka urozmaicone grungem i odrobiną psychodelii. W zasadzie już pierwszy kontakt z tym materiałem wzmaga zainteresowanie na więcej i chęć pochłonięcia kolejnych jego dźwięków, a każde następne zetknięcie z nim jest w stanie doprowadzić nawet do muzycznej fascynacji. Wszystkie kawałki na tej płycie tworzą pewną historię opisaną nie tylko słowami, ale przede wszystkim muzyką. To ona odgrywa tu najistotniejszą rolę i nadaje klimat, ten w dużej mierze nasączony tajemniczością oraz niepokojem. Spośród 10 utwór znajdujących się na płycie wiele z nich bez wątpienia zapadnie Wam głęboko w pamięć, choćby już otwierający album Helium, czyli niezwykle melodyjna kompozycja z sentymentalną końcówką stanowiącą swego rodzaju zachętę do dalszego stąpania ścieżką utartą przez Manescape. W bardziej mroczne, enigmatyczne nastroje wkraczamy, wsłuchując się w wypełnione zadumą i melancholijną aurą Beautiful Agony oraz In Moments of Oblivion. Ciekawie i zarazem inaczej prezentuje się siódmy numer na płycie – mowa o jazgotliwym i porywającym Human Code. Tutaj muzycy brną bardziej w sferę shoegaze, by w następującym po nim Black Blood wkroczyć w trochę szybszy, hałaśliwszy rejon, serwując nam już typowo garażową formę. Nie sposób przy tym nie wspomnieć o The Yearning, dziesięciominutowym nagraniu, prawie w całości instrumentalnym, utrzymanym głównie w rockowej konwencji inkrustowanej psychodelią. Soczyste pasaże gitarowe połączone ze spektakularnym, basowym brzmieniem wywierają tu naprawdę niesamowite wrażenie. To zdecydowanie przekrój możliwości zespołu, śmiem powiedzieć – instrumentalny artyzm, potwierdzający posiadany już przez trio z Głogowa potencjał. Duszna atmosfera, pogłębiająca odbiór krążka, jawi się również w ostatniej pozycji na płycie – Go in Reverse, zagęszczając się z każdą kolejną jej nutą. Przy tym numerze w pamięć wgryza się także nostalgiczny śpiew wokalisty, tworząc razem z warstwą melodyczną niemal monolit spowity derką subtelnej posępności. Pozostając przy wokalu… Stonowana i lekko chrypliwa barwa głosu Daniela znakomicie komponuje się z transowymi w przewadze nutami, choć w otchłani energiczniejszych, głośniejszych dźwięków zdaje się gdzieniegdzie tonąć i zanikać. Dla mnie to jednak drobny mankament, bo słabo wyczuwalny. Możliwe, że taki akurat był zamysł grupy – umiejscowienie koloratury na równi z muzycznym tłem, co jest nawet dobrym zabiegiem, lecz dla kogoś, kto wysoko sobie stawia wyrazistość wokalu i wyśpiewywanego tekstu, mankament ten może urosnąć do rangi nieco większego problemu. Silniej wyczuwalne na płycie jest natomiast częste przełamywanie rytmu, z ciężkiego riffu artyści płynnie przechodzą w przestrzenny, bardziej przystępny i melodyjny. Mimo tych zawirowań całość albumu sprawia wrażenie spokojnego i niespiesznego, okraszonego oniryczną otoczką, co daje nam materiał idealnie nadający się do kontemplacji w domowym zaciszu.

Co jeszcze wyróżnia niniejsze dzieło? Na pewno wielowarstwowość kompozycji, wibrujące, perkusyjne uderzenia, basowa głębia i niesłychanie plastyczne aranżacje odziane w barwne melodie uwypuklone efektownymi, wyłaniającymi się ze wspomnianej głębi, zagrywkami gitarowymi. Trzeba przyznać, że jest tu  znacznie więcej zabarwień niż w dyskografii niejednej kapeli, dzięki czemu muzyka Manescape wymyka się jednoznacznemu szufladkowaniu. Mamy tutaj zatem do czynienia z formacją, której artystyczne horyzonty są naprawdę rozległe, nie zamyka się ona na jeden konkretny styl muzyczny i krążek „Antibodies” doskonale nam to odzwierciedla.

Tak naprawdę do niewielu rzeczy na tym wydawnictwie można się przyczepić. Przypuszczam, że lata pracy przy nim mają w tym swoją zasługę, dzięki temu krążek jest doprecyzowany, poukładany i zarazem spójny kompozycyjne. Nie da się też ukryć, że takie wijące się w stronę łamliwej psychodelii garażowe, lecz doszlifowane granie, to w naszym kraju dość rzadka sprawa. Nic więc dziwnego, że twórczość Manescape bardziej przykuwa uwagę zagranicznych odbiorców niż polskich. Mam jednak nadzieję, że z biegiem czasu i w Polsce o tych artystach będzie głośno, gdyż z tak dobrym albumem i perspektywami na kolejne świetne produkcje niewątpliwie zasługują na rozgłos.

Myślę że w „Antibodies” najbardziej odnajdą się wieloletni miłośnicy zespołu, ci zakorzenieni w osobniczym przekazie Manescape. Niemniej nie jest to płyta skierowana tylko dla stałych słuchaczy, spokojnie bowiem można i od niej zacząć wkraczanie w artystyczną przestrzeń Manascape, choć niewykluczone, że niektórzy będą potrzebowali więcej czasu, aby się w niej odnaleźć i zgłębić jednocześnie jej tajniki. Jeśli nie przy pierwszym odsłuchu, to pewnie przy kolejnych pochłonie ich muzyczny świat Manescape, świat z całym gąszczem wyśmienitych drobiazgów, delikatnych i ostrzejszych na przemian muśnięć gitarowych strun, nastrojowych i zarazem emocjonalnych wokali, a to wszystko umiejętnie zmieszane z konstytutywnym, brudnym graniem. Zapraszam wobec tego do nietypowej, dźwiękowej krainy Manescape. Gdy już się w nią wciągniecie, to z pewnością długo w niej pozostaniecie, a wracać do niej pewnie też chętnie nieraz będziecie.

5.25 Stars (5.25 / 6)

Manescape w sieci:

FACEBOOK | MYSPACE

Płyty „Antibodies” można posłuchać poniżej – za pośrednictwem platformy Bandcamp, a także na YouTube.


 

 

Baner w newsie 851×315

O Autorze

Ostatnio dodane: