One Direction – uczestnicy jednej z edycji brytyjskiego X-Factora i bożyszcze obecnych nastolatek.  Made In The A.M. to ich piąty album, co można uznać za dość spory dorobek w pięcioletniej karierze zespołu. Jednak czy „produkowanie” albumów można nazwać dorobkiem? Długo biłam się z myślami co napisać w tej recenzji, żeby nie zostać zlinczowaną przez tłumy nastoletnich fanek Liam’a, Harry’ego, Louis’a i Niall’a.

Jako nastolatka również przechodziłam okres fascynacji ówczesnymi boysband’ami, tj. BSB, ‚N Sync czy Westlife. Miło wspominam te czasy i choć już dawno „wyleczyłam” się z boysband’ów to od czasu do czasu lubię wrócić do tych utworów i powspominać.

Chłopaki z One Direction muszą się jeszcze wiele nauczyć od swoich starszych kolegów, żeby im dorównać, o ile to w ogóle możliwe. Podstawową różnicą pomiędzy tamtymi boysband’ami a One Direction jest taka, że mimo nastawienia na chwytliwe i łatwo wpadające w ucho kawałki, teksty były o czymś a albumy nie były nudne. W przypadku One Direction odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z masową „produkcją” niemal jednakowych utworów opowiadających o tym samym, czyli właściwie o niczym. Pozytywnym aspektem tej płytki może być jedynie fakt, że chłopaki próbują swoich sił w tworzeniu utworów, więc jest dla nich nadzieja na przyszłość.

Ja raczej nie wrócę do tej płytki, ale można jej posłuchać tutaj:

Anna Słodkiewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here