06 Grudzień, 2016

  • Instagram
Recenzja: OSTR – Życie po śmierci
Foto: mat.prasowe

Recenzja: OSTR – Życie po śmierci

          12749858_1125653777507861_1188473330_n      To nie będzie obiektywna recenzja. Dlaczego?

  1. Moim sercem rządzi rock.
  2. Sam kilka lat temu omal nie straciłem życia, kiedy dosłownie wyplułem płuco.

                Po tym krótkim wstępie, Szanowni Państwo, chciałbym przedstawić…

                Adam „OSTR” Ostrowski, człowiek orkiestra. Muzyk, kompozytor, magister jazzu w klasie skrzypiec, dyrektor artystyczny Męskiego Grania, raper.

                Szanuję go. Nie dlatego, że od wielu lat regularnie wydawane albumy są coraz lepsze od wcześniejszych. Nawet nie dlatego, że jest – o czym wspomniałem wcześniej – człowiekiem orkiestrą.

                Dlaczego?

                W Polsce jest wielu raperów. Jestem z pokolenia, które dorastało przy tak zwanym „hiphopolo” – melodyjne, śpiewane refreny, bujający bit nadający się do tańczenia, lekki flow bardziej przypominający melorecytującego Norbiego niż twardy rap Liroy’a. I to się podobało. Wpadało w ucho i tak, jak kiedyś nikt się nie przyznawał, ale słuchał Boys, Classic, Bayer Full, tak w tym czasie każdy wiedział, kim jest Mezo, skąd się wzięli Ascetoholix i o kim chcieli zapomnieć chłopcy z Jeden Osiem L. Z czasem, tak jak we wszystkim, moda na hiphopolo przeminęła i o tych zespołach zrobiło się cicho. Niektórzy próbowali kariery solowej (Hans z 52 Dębiec, Liber – u boku polskich wokalistek), inni zniknęli gdzieś, aby po latach spróbować reaktywować się pod inną nazwą/w innym składzie. Nie udało się.

                Oprócz nurtu rapu śpiewanego istniały również grupy, które w dzisiejszych czasach zasługują na miana kultowych: Paktofonika, Kaliber 44, Wzgórze Ya-Pa-3. To właśnie na nich wychowywało się pokolenie współczesnych filarów polskiego rapu. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale słuchając różnych otworów, różnych artystów szybko można się przekonać, że najmodniejszymi tematami do „nawijki” są: jaranie, dupy, lans, lansy podczas jarania z dupami, samochody, teledyski w których dupy jarają z raperami w lanserskich samochodach… Obecnie w modzie jest robienie rapu, o robieniu rapu.

                Na tym tle OSTR wyróżnia się od wielu lat. Jego płyty zawsze w jakiś sposób nawiązywały do największej pasji muzyka –  jazzu – czy to poprzez tytuły (Jazzurekcja, Jazz w wolnych chwilach, Jazz, dwa, trzy), czy poprzez jazzowe sample wykorzystane w wielu kawałkach. Mało tego! Na swoje koncerty zaprasza ikony polskiej muzyki jazzowej, a podczas słynnego koncertu w ramach projektu Made in Poland zaprosił do współpracy całą sekcję jazzową. To człowiek, który żyje muzyką, kocha to, co robi, bo muzyka płynie w jego żyłach. Do tego teksty przesiąknięte są ironią, sarkazmem, w wielu przypadkach dosadnie komentując otaczający nas świat, wydarzenia. Nie stroni od krytyki mediów, świata polityki, wyraża swoje zdanie dosadnie, ale zawsze robi to w zgodzie z własnymi przekonaniami. Nie obraża nikogo dla funu, nie wdaje się w bezsensowne dissy z innymi raperami, które mają na celu jedynie promocję własnej osoby. Nie robi tego, bo nie musi. Dzięki wieloletniej karierze, kilkunastu płytach, niezliczonym występom na żywo, współpracy z różnymi artystami w Polsce i za granicą wyrobił sobie taką renomę, o jakiej inni polscy artyści (nie tylko raperzy!) mogą jedynie pomarzyć.

                W ubiegłym roku Ostry wydał album o wiele mówiącym tytule „Podróż zwana życiem”. Gdybym miał go określi jednym słowem byłoby to przymiotnik „osobisty”. Artysta rozliczał się w nim ze swoich dotychczasowych osiągnięć, na swój unikalny sposób wspominał wydarzenia ze swojego życia. Wyjątkowa była również okładka, a w zasadzie 12 okładek dołączonych do wydawnictwa. Każda z nich dotyczyła innego miesiąca, a na rewersie wszystkich wypisane były najważniejsze wydarzenia mające miejsce w danym miesiącu, na przestrzeni lat.

                Nawet nie wiedział, jak znaczący był ten album, w kontekście wydarzeń, które wydarzyły się kilka miesięcy po premierze „Podróży…”

                26.lutego Anno Domini 2016 miał premierę kolejny album Adama, o jeszcze bardziej osobistym charakterze i dosadniejszym tytule „ Życie po śmierci”.

                Wstrząsający – to jedno słowo opisuje doskonale najnowsze wydawnictwo rapera. Wszystko jest w nim perfekcyjne: od historii w nim opowiedzianej, poprzez wkładkę, a na okładce kończąc.

                „Życie po śmierci” obejmuje okres pięciu miesięcy podczas, których Ostry dowiaduje się, że zostają mu dosłownie godziny życia, w wyniku wypadku, jakiego doznał podczas koncertu, przechodzi dwie poważne operacje, po nich następuje okres rekonwalescencji i powrót do grania i koncertowania. Mamy tutaj do czynienia z popularnym obecnie „concept albumem”. Autor podzielił go na cztery rozdziały, obejmujące wymienione przeze mnie wyżej etapy choroby i walki z nią. Fani, kiedy dowiedzieli się o nowym albumie, byli zaskoczeni brakiem jakiegokolwiek singla promującego, a gdy ten się pojawił – z miejsca wbijając w fotel zarówno tekstem, jak i teledyskiem, na którym mamy okazję podziwiać żonę rapera – szybko osiągnął milionową oglądalność na youtube. Fani chcieli więcej. I dostali. Tracklistę. Brak kolejnych singli, czy chociażby drobnych zajawek był co najmniej zastanawiający. Teraz, kiedy mam album w swojej kolekcji, taka promocja (a raczej jej brak) „Życia po śmierci” jest dla mnie kompletnie uzasadniony. Jak autor wspomniał w jednym z wywiadów, „Życie..” jest swego rodzaju książką. Książką napisaną w unikalny sposób, jedyny, na którym Adam się zna. Jest to jedna spójna historia, którą należy poznać w całości, każdy kolejny utwór ma odpowiedni wstęp i sam jest wstępem do kolejnego „rozdziału”, opisującego następne wydarzenie. Przy takiej formie wydanie singla wyrwanego z kontekstu nie miałoby żadnego sensu. Tylko poznając całość albumu, bez żadnych przerw, rozumiemy, co autor chciał na przekazać. Jest on wyjątkowy pod wieloma względami. Autor doskonale zdaje sobie sprawę, co było przyczyną jego ciężkiego stanu, nie kryje się z tym, a jednocześnie nie próbuje być moralizatorem dla innych. Opowiada bez cenzury o wszystkim, co go spotkało, ale nie żali się. Nie szuka pocieszenia. Sam pociesza, szuka pozytywów nawet w najgorszych sytuacjach. Nie mówi o bólu, tylko o radości z życia.

                Sam byłem w podobnej sytuacji kilka lat temu, dlatego odbieram ten album bardziej osobiście niż reszta fanów, ale po opiniach innych słuchaczy widzę, że Ostry osiągnął swój cel – dał nadzieję ludziom, którzy stracili wiarę. A wszystkim tym, którzy prowadzą „imprezowy” tryb życia, daje do myślenia.

                Autor znany jest z tego, że dopieszcza swoje wydawnictwa pod każdym względem, nie tylko muzyczny. Biorąc pod uwagę wyjątkowy charakter ostatniej płyty, wrażenie robią wkładki w formie zdjęć rentgenowskich, na których mamy zdjęcia twarzy autora, syna Ostrego Juniora I oraz feralne płuco… dodatkowo mamy kartę „świadomego dawcy narządów”, którą możemy wypełnić i nosić w portfelu.

                Polecam ten album każdemu. Nie tylko fanom hip hopu (bo ich nie trzeba zachęcać), ale każdemu, kto ceni sobie dobrą muzykę i niebanalny przekaz. Ja od trzech dni nie potrafię się otrząsnąć po pierwszym odsłuchu.

Stark

ostr-zycieposmierci

Ps.

Osobnym tematem jest „Życie po śmierci Snap Jazz Edition”,w którym do oryginalnych tekstów podłożono jazzowe – czyli w przypadku Ostrego można rzec „klasyczne” – sample. Efekt jest piorunujący. Warto zapoznać się z obiema wersjami, bo choć obie opowiadają tę samą historię, to za każdym razem odbiór jest diametralnie różny.

„We krwi” – jedyny singiel promujący album „Życie po śmierci”

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.