Recenzja płyty Sylwii Przybysz „Tylko Raz”

Kolejny raz w naszych rękach pojawiła się płyta o miłości, wręcz przesycona słodyczą ( ocieramy się o cukrzycę !), a w dodatku z głośników bije  „Auto-Tune”, który tak  męczy po kilku piosenkach, że płytę chcemy wyrzucić przez okno…

Prawdopodobnie nastawiłem Was negatywnie do tej wokalistki, ale wierzcie mi, że nie jest tak źle. Płyta muzycznie obroniła się tylko dlatego, że porównaliśmy ją z poprzednim albumem, który był tak infantylny, że nie można było dotrwać do końca. Nadto niewybaczalne były wszędobylskie rymy częstochowskie.

Często mam okazję słuchać wykonawców – amatorów, którzy coverują swoich ulubionych artystów i ze smutkiem muszę to napisać, że wypadają bardziej profesjonalnie niż Sylwia Przybysz.

W tytułowej piosence „Tylko raz” tak gryzą chórki, że melodia tego kawałka odstrasza i po chwili chcesz zapomnieć, o czym śpiewała wokalistka, mimo że kawałek wpada w ucho. Do kolejnego utworu „ Nie poddam się” artystka zaprosiła Artura Sikorskiego. Niestety w duecie też lepiej nie jest. Utwór jest nasączony elektroniką , bardzo trudno się go słucha, poprawiono w nim głosy artystów- brzmią jak robociki. Poza tym, ktoś nie przyłożył się do zmiksowania tego kawałka i wyszedł gniot, który chce się obronić, lecz nie może. „Zmiany” to płaski dance’owy kawałek, z prostym tekstem, jak w większości pozycji z tej płyty…

W następnych kawałkach artystka śpiewa na siłę, przynajmniej mamy takie wrażenie, bo kompletnie nie ma gór, a dół jest przypięty, aby Sylwia nie zafałszowała. Tu przykładem może być „Mój najlepszy dzień”-  wyjątkowo nieudany poprzez wspomniane śpiewanie na siłę. W ten sposób jest poprowadzony cały album, od początku do końca. Muzyka nie zachwyca, wokal odrzuca, teksty infantylne, wpadające w kicz. Nie da się jednak ukryć, że najnowsze wydawnictwo Sylwii jest dużo lepsze niż poprzednie.

Moje słuchanie albumu zakończyłem na utworze „Dzień po dniu”, gdzie artystka, ukazała swoje wady wymowy połączone z brakiem warsztatu wokalnego…

Album „Tylko raz” jest naprawdę na wyższym poziomie, jeśli mogę w ten sposób to nazwać, ale  album nadal  nie przynosi rewolucji, niczego, nad czym moglibyśmy się skupić i czym zachwycić. Prosty melodyjny album, z tekstami bez polotu. Jest to mimo wszystko krok do przodu, ale przed Sylwią jeszcze długa i ciężka praca, by osiągnąć coś więcej niż „średni album”, bo tylko tak możemy ocenić to dzieło.

Wierzę, a przynajmniej staram się wierzyć w to, że przy kolejnym albumie  powodów do moich narzekań będzie mniej, a może mnie zaskoczy i uznam go za arcydzieło? Widzę światełko w tunelu i trzymam kciuki za karierę tej młodej artystki.

X