Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: The Jan Gałach Band – In the Studio

Po dość sporych perturbacjach, związanych z zaginięciem przesyłki na poczcie, wpadła mi w ręce płyta zespołu The Jan Gałach Band – „In the studio”. Przyznam szczerze, że nazwa zespołu oraz tytuł płyty nie zachęciły mnie wystarczająco, by przesłuchać krążek od razu. The Jan Gałach Band brzmi klasycznie i poważnie zarazem, pomyślałam więc: „czy będę umiała pisać o takiej muzyce?”.

Z Janem Gałachem spotkałam się już kilkukrotnie, m.in. podczas publikowania nowości z muzycznego świata oraz przy okazji ostatniej płyty Macieja Balcara – Znaki. Za każdym razem wyobrażałam sobie Jana zupełnie inaczej. Przede wszystkim wydawał mi się o jakieś dziesięć, może nawet piętnaście lat starszy. Nie wiem, czy to za sprawą imienia, czy może udziału w płycie wokalisty Dżemu… ale jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jest zaledwie kilka lat starszy ode mnie. Pomimo tak młodego wieku ma za sobą naprawdę wiele osiągnięć. Jest multiinstrumentalistą, współpracował już z największymi artystami w Polsce. Cztery lata temu wydał swoją pierwszą płytę „Jan Gałach & Friends”. Jego pozycja na rynku muzycznym wydaje się być naprawdę ugruntowana.

Dopiero po przestudiowaniu biogramu poczułam się odpowiednio zachęcona do przesłuchania płyty. Zaczęłam nietypowo – w pierwszej kolejności włączyłam singiel „Hyde”, który bardzo mnie zaintrygował. Mocne, gitarowe brzmienie, pulsujący rytm podwójnego zestawu perkusyjnego, skrzypce, klawisze, charyzmatyczny wokal Macieja Balcara i kontrastujący głos Karoliny Cygonek – istna mieszkanka wybuchowa. Utwór niepokojący, ciężki, duszny, mroczny. Po takim kawałku z charakterem zapragnęłam więcej. Jednak singiel został wybrany przekornie, na płycie nie ma bowiem ani jednego utworu zaprezentowanego w podobnym stylu. Cała tracklista, to swoisty gatunkowy miszmasz. Spotkałam się wielokrotnie z klasyfikacją twórczości Gałacha jako blues. Byłabym jednak ostrożna w tego typu osądach, w jego kompozycjach jest coś więcej – trochę rockowo, trochę folkowo, znajdą się także elementy jazzu i country.

„Aurora”, która otwiera krążek, jest czymś w rodzaju ciepłej, płynącej ballady. Skrzypce i gitara niosą gdzieś poza horyzont, a miękki, przeplatający się damsko-męski wokal zgrabnie dopełnia warstwę muzyczną. Przyjemnie się tego słucha, można odpłynąć, jednak nasze dryfowanie przerywa „Saint Tropez”, który już od pierwszych dźwięków uderza w nas swoją energią. Wariacje z pogranicza jazz fusion, wokaliza, później mistrzowskie solo skrzypiec, a pod koniec nawet nuta country… ogromny kunszt. Jednak nie potrafię stwierdzić, czy całość do mnie przemawia. Na pewno wymieniłabym partie, którymi jestem zachwycona, ale nie przekonuje mnie taka różnorodność w jednym utworze. Zmienia się tutaj kilkukrotnie tempo, co z reguły nie jest niczym nadzwyczajnym, jednak w tym przypadku każdy fragment tworzy osobną historię, którą z powodzeniem można by było wyodrębnić jako zupełnie nowy kawałek.
Im dalej, tym jeszcze dziwniej. W „Skakance UFOistki” mamy z kolei humorystyczną interpretację utworu Mirona Białoszewskiego. Lekkiego i żartobliwego charakteru nadają klawisze oraz niestandardowa forma wokalu, momentami skrajnie rozstawionego w panoramie – niektóre wstawki słyszymy w prawym uchu, niektóre w lewym. Zaraz po tym przechodzimy w melancholię tytułowej „Ostatniej jesieni” – spokojnej, nostalgicznej, przełamanej jednak nieco bardziej ożywionym elementem mniej więcej w połowie utworu. „Cytrynówka” jest jednym z tych kawałków, które rozpoczynają się cudownie. Skrzypce tworzą niesamowity klimat, miałam nadzieję, że pozostanie on ze mną aż do samego końca, jednak w miarę upływu czasu utwór nabiera tempa, rozwija się, przepełnia improwizacjami. Całe szczęście jest pozbawiony partii wokalnych, które zupełnie by tutaj nie pasowały. Za to w „Night and Delight” – najbardziej bluesowym kawałku spośród wszystkich znajdujących się na płycie, Karolina zaskakuje nas zmysłowością i zarazem potęgą swojego głosu. Warstwa liryczna i dobór instrumentarium idealnie współgrają ze sobą, mocno intrygują. Przedostatni utwór „Woman” znów kontrastuje z poprzednim. Przez ponad dwanaście minut pędzi pośród wiodących uderzeń bębnów, partii gitar, klawiszy i skrzypiec. Zamknięciem „In the studio” jest piękna, akustyczna ballada „Moja historia”. Nostalgiczna aranżacja w doskonałym stylu, która urzeka, czaruje i wywołuje emocje. Świetny kawałek na sam koniec, chciałoby się posłuchać go nieco dłużej.

Ciężko jednoznacznie ocenić tę płytę. Jest tak różnorodna, że wywołuje we mnie mieszane, często wręcz skrajne odczucia. Z jednej strony jestem zachwycona kunsztem i aranżacjami, jakie zaprezentował nam The Jan Gałach Band, z drugiej jednak brakuje mi tutaj spójności. I nie chodzi bynajmniej o utwory otwierające i zamykające krążek. Są one bowiem utrzymane w podobnym stylu, rozpoczynają się nawet tymi samymi dźwiękami, tworzą więc całość – mamy tutaj klasyczną klamrę. Brakuje mi czegoś wewnątrz, jakiegoś elementu łączącego te wszystkie historie. Poszczególne utwory są często same w sobie okraszone tak wieloma improwizacjami, że nie wiadomo, czy już rozpoczęła się nowa opowieść, czy nadal trwa ta sama…
Pod względem muzycznym płyta jest naprawdę mistrzowska. Od strony wykonawczej album mnie zachwycił. Dobór instrumentarium i nietuzinkowe kompozycje świadczą o ogromnym talencie muzyków i pasji Jana Gałacha. W swoich aranżacjach pokazuje nam, że nie zamyka się na jeden gatunek, nie pozwala się zaszufladkować. Ma swój własny, niepowtarzalny styl, oscylujący gdzieś pomiędzy bluesem, rockiem, jazzem, czy nawet country. Utwory są diametralnie różne. Złożone z wielu partii. Niekiedy trudne, ale zawsze zaskakujące. Często jednak miałam ochotę pozbawić je warstwy wokalnej. Nie ujmuję tutaj Karolinie Cygonek, bo technicznie jest naprawdę dobrze, po prostu bardziej przemawiają do mnie kilkunastominutowe kompozycje instrumentalne, które wielokrotnie pojawiały się jako przerywniki pomiędzy partiami wokalnymi. Do „In the Studio” jeszcze z pewnością wrócę. Wam również polecam zmierzyć się z kunsztem tego młodego, acz doskonałego instrumentalisty. Warto przesłuchać przynajmniej dwukrotnie. Koniecznie w skupieniu.


X