Aktualności muzyczne, relacje, recenzje płyt, wywiady, artykuły, informacje o imprezach oraz baza artystów i płyt.

Recenzja: Tokio Hotel – Dream Machine

Moje początki z Tokio Hotel sięgają 2005 roku, czyli wydania ich debiutanckiego albumu „Schrei”. Możecie się śmiać, ale ja naprawdę ich wtedy uwielbiałam! To były czasy gimnazjalne, wówczas młodzi ludzie dzielili się na zwolenników i przeciwników trzech popularnych w tym czasie młodzieżowych zespołów: Tokio Hotel, US5 i Blog27. Szczerze nie cierpiałam tych dwóch ostatnich, więc dość wyrazista (zwłaszcza wizerunkowo), pop-rockowa grupa przypadła mi do gustu najbardziej. Szczególnie dlatego, że język niemiecki leżał w kręgu moich zainteresowań. W czasach, kiedy nie każdy miał dostęp do Internetu, teksty próbowało się tłumaczyć samodzielnie, wtedy powstały moje pierwsze tłumaczenia piosenek, takie do szuflady. Grunt, że wiedziałam, o czym moi ulubieńcy śpiewają…

Pierwsze dwa albumy Tokio Hotel były niemieckojęzyczne, w zdecydowanie pop-rockowym brzmieniu – gitara, perkusja i zdarte struny głosowe Billa, które na pewno wielu z Was pamięta dzięki popularnemu utworowi „Schrei”. Później wyszła pierwsza, w całości anglojęzyczna płyta, której nawet do końca nie przesłuchałam, bowiem nie podobały mi się nowe wersje dotychczas lubianych przeze mnie utworów. Od tej pory zakończyła się moja przygoda z tym zespołem. Być może wydoroślałam z tego buntowniczego okresu lub po prostu mój nieukształtowany wówczas gust muzyczny obrał inny kierunek. Z ich kariery wyłączyłam się całkowicie. Gdy usłyszałam o nowym albumie, postanowiłam na własnej skórze się przekonać, jakiej przemiany dokonali na przestrzeni dekady.

„Dream Machine” jest ich szóstym krążkiem, również w języku angielskim. Jest kontynuacją stylu z poprzedniego albumu „Kings of Suburbia”. Dla tych, którzy nie mieli styczności z wydawnictwem z 2014 roku, nurt muzyczny jest zupełnie inny, niż ten, który zapamiętaliśmy z czasów ich debiutu. Jakież było moje zaskoczenie! Dwukrotnie sprawdzałam, czy aby na pewno mam do czynienia z tym samym zespołem. Musiałam nadrobić spore zaległości i szerzej zapoznać się z twórczością Tokio Hotel, by mieć jakiekolwiek podstawy do pisania tej recenzji. Można rzec, że teraz to zupełnie nowa grupa, zarówno muzycznie, jak i wizualnie. Gwarantuję, że jeśli nie jesteście na bieżąco, nie rozpoznacie ich po utworach. Na płycie znajdziemy dziesięć kawałków przesyconych elektroniką i basem. Nie usłyszymy tam żywych, gitarowych brzmień, czy naturalnego wokalu, wszystko jest zmodyfikowane przez urządzenia efektowe i pogłosowe, rodem z zadymionej, klubowej scenerii, pełnej kolorowych świateł i stroboskopów. Wykorzystanie syntezatorów momentami przywołuje mi na myśl późniejszą twórczość zespołu Kraftwerk, a więc powrót do synth-popu z lat 80. W połączeniu z nowoczesnymi bitami powstało coś zupełnie nowego, całkiem przyzwoitego, choć zupełnie nie w moim guście. Warstwa liryczna, jak na klubowe kawałki przystało, nie jest szczególnie wybitna, ale przynajmniej dość spójna na całym krążku. Nie można wymagać tutaj głębokich tekstów, w końcu nie jest to muzyka refleksyjna, tylko rozrywkowa.

Podsumowując, Tokio Hotel przeszło ogromną przemianę. Może dla fanów, którzy śledzą ich karierę na bieżąco, nie ma w tym nic odkrywczego, bo już na poprzedniej płycie słychać było podobne brzmienie, ale ja dałam się zaskoczyć. Czy pozytywnie? Ciężko powiedzieć. Lata debiutu i stary wizerunek zespołu to czas młodości i buntu, co doskonale było widać w wizerunku wokalisty. W późniejszym czasie kapela poszukiwała własnej drogi, by w końcu pójść w kierunku elektroniki. Choć twórczość nie mierzi, wydaje się być o wiele bardziej spójna i przemyślana, nie wywarła na mnie szczególnego wrażenia. Kiedy zespół diametralnie zmienia styl, trudno wydać jednoznaczny osąd. Czekam na dalszy rozwój. Na razie nie ma wielkiego „WOW”.

Ocena: 3/6

  • Krzysztof Trefon

    Świetna recenzja!

    • Paulina Janczak

      Dziękuję!

X