10 Grudzień, 2016

  • Instagram
Relacja: Finał Męskiego Grania Żywiec 2016
Foto: Weronika Stolarek

Relacja: Finał Męskiego Grania Żywiec 2016

Zacznę od tego, że za każdym razem jestem pod wrażeniem kultury publiczności na tej imprezie. Bez przepychania, biegów, wszyscy spokojnie zajmują swoje miejsca. Wiadomo, zdarzają się wyjątki, szczególnie bliżej finału, ale zawsze się takie znajdą. Już po godzinie 15 publiczność gromadziła się pod sceną i w rytmach największych polskich przebojów wyczekiwała Piotra Stelmacha z zapowiedzią pierwszego wykonawcy. A był nim Xxanaxx – duet wykonujący muzykę elektroniczną w powiększonym składzie, na potrzeby koncertów o perkusistę i klawiszowca. Klaudia swoją charyzmą i pięknymi ruchami scenicznymi porywała publikę do tańca. Do zespołu dołączył raper Ten Typ Mes i wspólnie wykonali najnowszy singiel Xxanaxxu – „Nie znajdziesz mnie”, który został bardzo entuzjastycznie przyjęty. Myślę że zespół stanął na wysokości zadania i należycie rozgrzał słuchaczy.

Kolejnym wykonawcą na dużej scenie był zespół Acid Drinkers. Bez wątpienia był to najgłośniejszy występ tego wieczoru. Dużo hałasu, rozbudowane solówki gitarowe i ciężki wokal Titusa sprawił, że publiczność zaczęła szaleć a spora grupa ludzi poszła w pogo. Przyznam szczerze, że bardzo podobał mi się występ zespołu, chociaż pod samą sceną głośność była zdecydowanie za duża, co niestety przeszkadzało w odbiorze muzyki.

Po takiej dawce energii trzeba było troszkę się rozluźnić w czym pomógł na O.S.T.R. wraz z zespołem. Chłopaki przywitali nas intrem, w którym Adam opowiada o swojej drugiej szansie, w taki sposób, że nawet łezka się w oku zakręciła. Zabrał nas w tę swoją osobistą i bez wątpienia trudną podróż, ale zrobił to z dystansem, często humorystycznie podchodząc do sytuacji. O.S.T.R. ma świetny kontakt z publicznością, nie można oderwać od niego wzroku, często żartuje, a we wszystkim towarzyszy mu wspaniały zespół. Pomimo, że nie jestem fanką tego typu muzyki ten koncert bardzo przypadł mi do gustu i z chęcią przeżyłabym go jeszcze raz.

Następnie Pan Mirosław ‚Maken’ Dzięciołowski oprowadził nas po zakątkach muzyki reggae i ska, opowiedział też historię przybycia gatunków do Polski oraz rolę zespołu Alibabki w tym zdarzeniu. Panu prezenterowi towarzyszyli ikony tychże gatunków muzycznych, takie jak Gutek, Paprodziad z zespołu Łąki Łan czy Dawid Portasz. Na koniec tego barwnego występu na scenie przy ogromnych oklaskach pojawiły się same Alibabki, które pomimo swojego wieku pięknie poprowadziły nas przez krainę jamajskiej muzyki.

Kolejny występ dał zespół, którego nie trzeba nikomu przedstawiać  – Hey. Zespół który tworzy fundamenty polskiej muzyki, co było wyraźnie słychać. Niemal w każdym utworze towarzyszył Kasi w śpiewaniu chór publiczności, były skoki, wrzaski i ogromny aplauz. Pokuszę się o stwierdzenie, że był to występ doskonały, wokalistka pomimo, że była zmuszona siedzieć cały koncert z powodu złamanej nogi, zarażała publiczność tonami energii. Największym powodzeniem cieszyły się utwory z dawnych lat, przy których wyróżniali się wieloletni fani zespołu, choć te nowe z płyty „Błysk” były równie ciepło przyjmowane. Uważam, że był to jeden z najlepszych występów podczas tegorocznej trasy Męskiego Grania i każdego kto nie słyszał Hey na żywo z całego serca do tego zachęcam, naprawdę warto!

Później występ dał Dawid Podsiadło wraz z zespołem. Wystarczyło kilka dźwięków „Intro”, żeby publiczność zamilkła i z zaciekawieniem obserwowała co się będzie działo. Przy największych przebojach takich jak Trójkąty i Kwadratach cała publika śpiewała razem z Dawidem, który skakał i tańczył na scenie, a publiczności kazał bioderkować i ruszać wszystkimi kończynami jakimi się da, co ta oczywiście robiła. Nie zabrakło też zabawnych do bólu żartów pomiędzy utworami. Podczas występu Heko jak zawsze był czas na oczyszczenie z wszystkiego co złe właśnie przy wielkim trio: „Eight”, „Elephant” i „Nieznajomy”, bardzo osobisty popis wokalny i instrumentalny i ciągle ewoluujące przejścia między utworami sprawiły, że znowu poleciała nie jedna łza. Gościem specjalnym występu był Pezet, który wykonał wraz z zespołem świeżą, elektryzującą wersję najnowszego singla Dawida pt. „Pastempomat”. Jeśli chodzi o występy tego Pana to każdy jest inny i zawsze znajdzie się coś nowego co nas zaskoczy, tak więc serdecznie polecam.

Wojtek Mazolewski Quintet po raz kolejny pokazał nam potęgę jazzu. Wspaniały popis instrumentalny zespołu dowiódł, że wcale nie potrzeba słów, żeby przekazać odbiorcy co nam w duszy gra. Na koniec tego występu na scenie pojawił się Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”, który płynnie uzupełnił występ Quintetu i dodał mu jeszcze więcej mocy. Publiczność bawiła się na tyle dobrze, że Piotr Stelmach pozwolił na bis, co na Męskim Graniu zdarza się bardzo rzadko. Dzięki temu mieliśmy okazję usłyszeć przedpremierowy utwór zatytułowany „London”, który swoją premierę będzie miał właśnie w tym mieście.

Wreszcie nadszedł czas na coś, na co wszyscy czekaliśmy najbardziej – finałowy występ Orkiestry Męskiego Grania. Emocje sięgały zenitu, pojawiły się nerwy i stres nawet wśród publiczności. Prowadzący przedstawił wszystkich muzyków i poprosił nas o zachowanie kompletnej ciszy kiedy zespół będzie zaczynał grać i rzeczywiście wszyscy zamarliśmy. Zagrali mroczne, klimatyczne Intro, po czym na scenę weszli na razie dwaj muszkieterowie – Tomek Organek i Dawid Podsiadło. Pierwszy utwór „Lipstick on the Glass”  zespołu Maanam wykonali wspólnie i już publika szalała. Następnie zagrali „Jezu, jak się cieszę” Klausa Mitffocha, „Butelki z benzyną” Cool Kids of Death i „Wojny Gwiezdne” Brygady Kryzys i tak rozpalił się ogień. Widać było, że wiele łączy muzyków zarówno  na scenie i poza nią. Oni już nie grali tych utworów, tylko się nimi bawili co wychodziło im po prostu doskonale. W utworze „I nikomu nie wolno” gościnnie wystąpił Titus z Acid Drinkers, dzięki czemu zrobiło się jeszcze mocniej i głośniej. „Przytul mnie” z repertuaru zespołu Kombi pozwoliło nam się trochę uspokoić, pobujać się w rytm muzyki i przeniosło nas w romantyczny i poruszający nastrój kolejnych utworów. Dawid swoim emocjonalnym wokalem zmiótł nas z nóg utworem „Nic nie może wiecznie trwać” Anny Jantar. Orkiestra zbudowała napięcie i dała wspaniały popis instrumentalny, a ponieważ tym razem impreza była dość dobrze nagłośniona, każdy instrument było słychać z osobna, mocne gitary, klimatyczne klawisze, gramofony, perkusje, wszystko! Organek wykonał równie pięknie „Nie wiem czy to warto” Czesława Niemena. Później zastanawialiśmy się razem z Dawidem „Co mi Panie dasz” i znów szaleństwo wróciło. Wydawało się, że już lepiej być nie może i właśnie wtedy dołączył do nas O.S.T.R. który przejął stery i wykonał „12 groszy”. Wielkimi krokami zbliżaliśmy się do końca, do tego upragnionego hymnu Męskiego Grania. Piotr Stelmach wrócił jeszcze raz na scenę żeby go zapowiedzieć. I stało się, „Wataha” z wielkim pazurem porwała absolutnie każdego, nie było nikogo kto nie śpiewałby razem z muszkieterami, nie tańczył i nie skakał, ponieważ tak się po prostu nie dało! Na koniec było wielokrotne improwizowane dogrywanie i dośpiewywanie refrenu hymnu. Podczas bisu cała ekipa pracująca przy tej trasie koncertowej dołączyła do Orkiestry i wspólnie z nami się bawiła. Ukłonili się ładnie i zaczęły się uściski i wzajemne podziękowania na scenie, nadal w rytmach „Watahy”, bo jeszcze przez dobre piętnaście minut resztkami sił nuciliśmy motyw przewodni utworu z nadzieją na kolejny bis, którego niestety nie było.

Męskie Granie stara się pomagać także młodym artystom, dlatego też w trakcie przepinek na Dużej Scenie oczekiwania umilały nam występy mniej znanych artystów. Dzięki temu mogliśmy usłyszeć Dominikę Barabas z delikatnym wokalem i życiowymi, osobistymi tekstami, warszawskie rock’n’rollowe trio The Stubs, łódzką debiutantkę Izę Lach oraz elektroniczny zespół How Dare You Alexis.

Jak już wspomniałam nagłośnienie było naprawdę dużo lepsze niż na poprzednich tegorocznych koncertach za co wielki plus dla organizatora. Trzeba też zwrócić uwagę na wspaniałą oprawę graficzną, tła i klimatyczne światła za które odpowiedzialny był Fish Eye. Śmiało można powiedzieć, że podczas finału wszystko było dopięte na ostatni guzik. Męskie Granie jest niesamowitą mieszanką muzyki wszelkiego rodzaju i niewątpliwie każdy znajdzie coś dla siebie. Tegoroczna Orkiestra jak sam prowadzący przyznał była chyba najlepszą w historii. Kto nie był i nie przeżył tego sam, ma czego żałować. Zdradzono, że płyta Męskiego Grania 2016 ukaże się już jesienią tego roku, czekam na nią z niecierpliwością i już zaczynam odliczanie do kolejnej trasy!

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.