11 Grudzień, 2016

  • Instagram
Gdzie się podziały tamte kasety?

Gdzie się podziały tamte kasety?

498025a14408512394168dfc24d008cf

 

 

Mój muzyczny fetysz został dzisiaj mile połechtany. Dlaczego? Na stole przede mną leżą dostarczone przez kuriera  cztery płyty: „Pierwsze wyjście z mroku” i „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków” COMY oraz „The 2nd law” i „Live at Rome Olimpique Stadium” MUSE (w rozdzielczości 4K – orgia zmysłów, to trzeba zobaczyć i usłyszeć na własne uszy!). Paczka została rozpruta od razu przy kurierze (zbyt wiele miałem z nimi przykrych doświadczeń w przeszłości, żeby im zaufać…), teraz tylko folie, w które są zapakowane i mogą lądować w czytnikach sprzętu hi –fi! A kiedy rozlegną się pierwsze takty, nieśmiałe, zachęcające nuty przechodzące w drapieżne akordy gitarowe, ja będę mógł przeglądać wkładki dołączone do moich płyt.

I smutno zapłaczę, że już niedługo nie będę miał tej przyjemności trzymania płyty w dłoniach i czytania książeczek do nich dołączonych.

 

Wszystko zaczęło się od książek. To właśnie w literaturę zacząłem inwestować na początku, kiedy zacząłem pracować. Nie wyobrażam sobie życia bez książki, kocham to i robię odkąd nauczyłem się składać litery. Dość szybko „wyczytałem” całą bibliografię w miejscowej bibliotece. Choć „cała” to może złe słowo – raczej tę część, która mnie interesowała. A że interesowało mnie wszystko, poza harlequinami… 😉 Kiedy okazało się, że w bibliotece nie ma już niczego interesującego dla mnie, zacząłem książki kupować. Niestety nie było mnie stać na nowe egzemplarze, dlatego wyszukiwałem okazje na allegro. I muszę przyznać, że miałem do tego dar. Nawet nie zauważyłem, kiedy wpadłem w tryb „po każdej wypłacie przynajmniej jedna nowa książka”. Nie żałuję tego, ponieważ dzięki temu tworzę swoją wyjątkową biblioteczkę i niemal każdą książkę czytam od razu.

 

Z muzyką było podobnie. Jestem z tego pokolenia, które jeszcze korzystało z kaset magnetofonowych i śledziło ewolucję nośników audio. Nie będę kłamał – będąc nastolatkiem nie miałem funduszy na oryginalne kasety (chyba, że disco polo – ups… wydało się…;), dlatego często korzystałem z kaset „pożyczonych” od kumpli, rodziny itd. Podobnie było z płytami cd, kiedy już wyparły walkmany. Nigdy nie zapomnę, jak wracałem ze szkoły autobusem i musiałem trzymać jakiegoś pożyczonego od kuzynki discmana na sztywno, bo nawet najmniejsze drgnięcie powodowało, że płyta się zacinała (pewnie tak powstały pierwsze skrecze:D) i nie szło jej dalej słuchać. Wredni (i zazdrośni!) koledzy specjalnie szturchali ten nieziemski sprzęt, żeby przestał działać. A kiedy pierwszy raz usłyszałem o formacie mp3… Łopanie! Co to była za sensacja! Zamiast zwyczajowych 23 tracków – oszałamiająca liczba 140 piosenek! Toż to cała ówczesna dyskografia Linkin Park i Papa Roach! A i nawet miejsce dla kilku kawałków Evanescence się znajdzie! Szaleństwo!

Nowy format z czasem zaczął wypierać standardowe pliki audio, a ja właśnie wtedy kupiłem swoją pierwszą ORYGINALNĄ płytę, za własne odłożone pieniądze. Było to na wycieczce w Zakopanem, gdzie młody Stark zamiast jarać się pijanym misiem i wcinać sfermentowany ser (czy jakoś tak) i kupił „Meteorę” ukochanego Linkin Park za – bagatela – 90 zł! To był moment, który zmienił moje podejście do sztuki, piractwa i jeszcze kilku innych spraw (ale jakoś znaczenie słowa „oszczędność” do tej pory mi umyka), a przede wszystkim zacząłem szanować twórczość innych ludzi – dzisiaj, kiedy sam jestem autorem i wiem, jak trudno przebić się na polskim rynku, ten szacunek wzrósł jeszcze bardziej. To właśnie wtedy pierwszy raz poczułem, jak to jest kupić coś za własne zarobione pieniądze. Od „Meteory” rozpoczęło się moje muzyczne kolekcjonerstwo. Mało tego, uważam ten album za swoją Biblię i zajmuje zaszczytne miejsce na półce. Może moja kolekcja płyt nie jest aż tak imponująca, jak książek, ale mają na to wpływ dwie rzeczy:  kupuję tylko te płyty, które naprawdę lubię, bo ceny są zaporowe i po drugie… Mam mniejszą półkę.

Niestety, tak jak niegdyś płyty CD wyparły kasety, tak dzisiaj MP3 wygrywa bój z tradycyjnymi nośnikami. Powody są prozaiczne – cena i natychmiastowość. Klient nie musi nigdzie wychodzić z domu, dokonuje płatności online i pobiera wybrany kawałek na komputer/smarfon/tablet. Ceny też są korzystniejsze, bo omija nas koszt produkcji, druku okładki, wkładki, transportu, etc. Dodatkowo możemy kupić pojedyncze utwory, a nie całe albumy. Same plusy.

Kupując niedawno w empiku „Fear of the dark” Iron Maiden, uśmiechnąłem się, kiedy z okładki płyty zaatakował mnie napis o „dodatkowej UNIKATOWEJ zawartości na płycie, takiej jak: tapety, zdjęcia zespołu, wywiady oraz linki do strony internetowej”. W czasach, kiedy ten album miał premierę – było to coś, co mogło przyciągnąć dodatkowych klientów. Dzisiaj raczej nikt się na to nie skusi, wszystko mamy w zasięgu internetu, który jest już wszędzie, nawet w mikrofalówce i lodówce…

Smutne jest to, że widząc wzrost popularności MP3, autorzy i dystrybutorzy nadal windują ceny za płyty CD w kosmos. Ja rozumiem – to są GWIAZDY – i tam ich miejsce, ale zejdźcie na ziemię!

Poza tym, zbliża się również nieuchronny koniec ery plików MP3. Możemy za to podziękować wszechobecnej sieci. Coraz więcej osób, chcąc zaoszczędzić miejsce na kartach pamięci telefonów na samoj.. ekhm… selfie… sięga po aplikacje typu SPOTIFY czy DEEZER. Niemal do każdego abonamentu dostajemy transfer gratis, więc już nie musimy kupować plików MP3, tylko łączymy się z chmurą i mamy swoją ulubioną muzykę wszędzie tam, gdzie mamy zasięg sieci.

Dlatego cieszę się, że mogę jeszcze potrzymać w dłoniach kilka najważniejszych płyt w moim życiu, kiedyś będę mógł o tym opowiedzieć wnukom. Mam nadzieję.

A Wy, drodzy Czytelnicy, w jakiej formie najchętniej słuchacie muzyki?

 

 

Baner w newsie 851×315
Baner w newsie 851×315

Autor:

Łukasz Ignatow – to już dziesięciokrotnie 18-letni pisarz pochodzący z Radkowa. Na co dzień spokojny recepcjonista, o nienagannych manierach i starannie dobranym garniturze. Wieczorami zaś… Nieudolny naśladowca Matta Bellamy’ego i Dominika „Witosa” Witczaka, trener Arsenalu Londyn i koneser dobrej whiskey. Fan krwawych slasherów i action – rpg, okazjonalnie gankujący na topie. Miłośnik literatury (czyta odkąd w dzieciństwie spadła mu na głowę książka – postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, kto go bije i dlaczego), filmów Christophera Nolana oraz podróży palcem po mapie. Z wykształcenia specjalista do spraw marketingu w hotelarstwie i gastronomii, zgodnie z tytułem nie stroni o dobrego jedzenia, hotelarstwem zajmuje się na co dzień. Zasypia przy ciężkim rocku i heavy – metalu, płacze przy Królu Lwie. W młodości kochał się w Czarodziejce z Księżyca i chciał trenować razem z Son Goku i Vegetą. Motto życiowe: „nie ważne co umiesz, ważne jak potrafisz to wykorzystać” (Pewnie dlatego dostaje wszystkie najtrudniejsze zadania w pracy, bo znajdzie najprostszy sposób, żeby rozwiązać problem – kreatywny, ale leniwy).

Ostatnie

Napisz Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.