Ultimate magazine theme for WordPress.

Gypsy and the Acid Queen

0

a0369711096_10

 

Po pierwszym przesłuchaniu płyta nie przypadła mi do gustu. Dlaczego? Ponieważ nie przepadam za „brudnym” rockiem spod znaku Pearl Jam czy Nirvany. A tymczasem właśnie tak brzmi Gypsy and the Acid Queen. Grunge kojarzący się z w/w zespołami, w niektórych kawałkach brzmi jak Nickelback z początków swojej kariery. Tyle, że później przesłuchałem tej płyty po raz kolejny i jeszcze jeden, w międzyczasie szukając informacji na temat tego zespołu. I co się okazało?

Ten zespół to tak naprawdę jeden człowiek – Kuba Jaworski – więc na całym albumie mamy do czynienia z one-man-show. Mało tego – za każdym kolejnym odsłuchem longplay podobał mi się coraz bardziej. Tyle, że, co jest największym minusem – jest on faktycznie „long”, a cały pomysł i kompozycje na nim zawarte wymuszają słuchanie „Gypsy…” w całości. Nie można pozwolić sobie na przesłuchanie wybiórczo kilku kawałków, odłożenie na półkę i powrót po jakimś czasie, ponieważ wtedy traci cały swój sens i swoisty mistyczny urok. Dwanaście kompozycji (głównie w języku angielskim, choć i zdażają utwory po polsku) to ponad godzina spójnego grania. Spójnego, ale też nieco monotonnego (w żargonie graczy, o tego typu produkcjach mówi się, że „jest to gra jednego patentu” i tu jest podobnie) stąd w połowie albumu zaczynamy ziewać i rozglądać się za czymś żywszym. To i tak niezłe osiągnięcie, ponieważ w przypadku Korteza, do którego Kuba jest czasami porównywany, senność dopada nas już po kilkunastu sekundach pierwszego utworu…

Zacząłem nietypowo – bo od wad, ale trzeba szczerze powiedzieć, że „Gypsy…” jest albumem starannie przemyślanym, kompletnym od początku do końca. Największe wrażenie robi oczywiście to, że wszystko, co na nim usłyszymy jest w całości zasługą jednego człowieka. Wszelkie gitary, solówki, ciekawe teksty, intrygujące aranże, a nawet beatbox – czapki z głów przed Kubą. Album utrzymany jest w rockowym stylu (jak wspomniałem na początku przypominający grunge, ale nie tylko), znajdziemy tutaj kawałki w stylu bluesowym, rocka z lat 80-tych, brytyjskiego indie rock, ciężkiego gitarowego grania, ale też coś wspołczesnego, z domieszką elektoniki, a wszystko to podane w ciekawym, unikalnym stylu. Gypsy hipnotyzuje i wprawia w dziwny stan, który najlepiej pasuje do długich, jesiennych wieczorów, jakie mamy obecnie za oknem.

No właśnie, tutaj pojawia się kolejny problem. Gypsy jest bardzo dobrym albumem, ale dla konkretnego odbiorcy. Nie usłyszycie go raczej w radio, nie pokochają go wasi znajomi, którzy wpadną do Was w odwiedziny, ale na pewno doceni go ktoś, o odpowiednio wysublimowanym guście. Dawno nie słyszałem właśnie tak angażującego albumu, choć nie można go słuchać zbyt często. Przez swoją długość i konieczność słuchania od początku do końca bez przerwy, sprawia, że w dużych ilościach i odtwarzany za często zaczyna być męczący. A to bardzo krzywdzące dla tego wydawnictwa.

Główne minusy juz wymieniłem, a jakie są największe plusy? Naturalność i precyzja wykonania. Czuć, że muzyk włożył w ten album całe serce, dlatego warto to docenić i dać mu szansę. A jeśli się komuś nie spodoba? Odłożyć na półkę i wrócić za jakiś czas, bo jak sam mówię „do niektórych artystów trzeba dorosnąć”.

Lista utworów:

1.Wilk
2.Lullaby for a dying man
3.Fire
4.Chains
5.To close to the light
6.Home
7.Hush
8.Last night on Earth
9.Red Sun
10.Song about murder
11.Short story
12.To all sleeping Buddhas

%d bloggers like this: