Ultimate magazine theme for WordPress.

Recenzja: Organek – Czarna Madonna

organek

 

„Tacy ludzie nie biorą się znikąd” – właśnie taką konkluzją zakończyła się niedawno moja sprzeczka ze znajomą. Rozpoczęła się do Civil War i Starka (jak widać Starkowie mają we krwi wszczynanie wojen, mniejszych i większych), a skończyła na Neilu Patricku Harrisie. Wielu kojarzy go z roli Barney’a, ja poznałem go w „Milionie sposobów jak zginąć na Dzikim Zachodzie”, a ta znajoma wspomniała jakiś serial z naszego dzieciństwa, w którym Harris grał główną rolę młodocianego lekarza (teraz przyznać się, ile osób wie, o jaki serial chodzi?).

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ dla mnie Organek jest właśnie takim Neilem Patrickiem Harrisem. Trafiłem na niego przypadkiem, przy okazji Męskiego Grania. Zapytałem Bossa, co to za „kudłaty wokalista”, na co to ten popatrzył na mnie ze zgrozą i spojrzeniem mówiącym „człowieku, skąd ty się wziąłeś w naszej redakcji?!”. Jestem ze wsi, nie widać? Tak więc, unikając piorunów trzaskających z oczu wielkiego pana K., czym prędzej wróciłem do nadrabiania zaległości.          Najpierw był album „Głupi”, który wbrew tytułowi wcale taki głupi nie był! Byłem nim naprawdę miło zaskoczony, przekonałem się, że dobra polska muzyka rockowa to nie tylko COMA (szok!). Następnie pogrzebałem trochę (w internetach!) i okazało się, że Organek był członkiem starej SOFY. Nic mi to nie mówiło, bo starej sofy nie znałem, a w zasadzie to kojarzyłem tylko z jednego utworu „Affairz” nagranego z OSTRym, ale w nim żadnego Organka nie było. Pogrzebałem głębiej i faktycznie w „starej SOFIE” duży wkład miał Organek. I chwała mu za to! Tyle, że to było ponad 10 lat temu. „Głupi” był kolejnym krokiem w karierze Organka, i czego by nie powiedzieć, krokiem odważnym i zdecydowanym, który otworzył mu drogę do prestiżowego Męskiego Grania. Początkowo jedynie jako członka zespołu, a ostatnio jak dyrektora artystycznego. Jeśli nie jest to wzorcowy przykład do samodoskonalenia i podwyższania własnej poprzeczki, to…

Musicie posłuchać „Czarnej Madonny”. Dla tych z Was, którzy kojarzą Organka z „Głupiego” album ten będzie możliwością przekonania się, jak bardzo ten wokalista się rozwija. Natomiast Ci, którzy śledzą dokładnie jego karierę, tylko utwierdzą się w opinii, iż jest on człowiekiem wyjątkowym.

„Czarna Madonna” to kolejny krok w karierze Organka, który stawia śmiało i z pełnym przekonaniem. Po raz kolejny udowadnia nam, że jest artystą nietuzinkowym, potrafiącym czerpać z najlepszych wzorców ogólnie pojętej muzyki rockowej, poobracać je z każdej strony, wymieszać, doprawić po swojemu i podać w nowej, zaskakującej formie! Czego nie ma na tym albumie? Trudno powiedzieć. A w zasadzie to nie, łatwo wymienić, tego, czego na tym albumie brakuje: chaosu, niekonsekwencji i grafomanii. I to jest wielki plus. Kolejne? Proszę bardzo. Na „Czarnej Madonnie” usłyszymy solidne gitarowe riffy, posmakujemy bluesa, poskaczemy przy dobrym punku, a nawet poczujemy ducha Muse. Serio. I to jest świetne!

Drugi longplay zawiera 12 premierowych kawałków. Większość z nich to kompozycje w języku polskim, dwie są w języku angielskim. Dla mnie osobiście to delikatny minus, ponieważ Tomasz przekonał nas wcześniej o swoim talencie do zabawy językiem polskim i te angielskie kawałki mogłyby w ogólnie nie powstać, ale jeżeli już są… To idealnie wkomponowują się w całość.

Album otwiera instrumentalna kompozycja, która rozkręca się powoli, aby w połowie uraczyć nas potężną mieszanką gitar, perkusji i klawiszy. Łączy się ona z bonusowym kawałkiem, zamykającym album „Warszawa 11:17”. Bardzo zgrabne klamry.

Wspomniałem wcześniej, że na płycie poczujemy ducha Matta Bellamy’ego i to już w drugim kawałku „ Rilke”. Utwór zaśpiewany falsetem, z riffami „zainspirowanymi” jednym z kawałków z „Drones”. I ja to kupuję (wiadomo dlaczego;).

„Mississippi w ogniu” to singlowy kawałek, który dawał obraz tego, czego możemy spodziewać się na „Czarnej Madonnie”. Solidne rockowe granie z niebanalnym tekstem. Zakochałem się od pierwszego taktu.

„Get it right” to kawałek, który najlepiej podsumowuje całą twórczość Organka.

„Jesteśmy piękni/trzydziestoletni” – w ilu polskich utworach słyszeliśmy już tę frazę. Wydaje się być oklepana do granic możliwości, a jednak tutaj, w utworze „Wiosna” brzmi bardzo świeżo. Zupełnie jakbyśmy słyszeli to pierwszy raz. Punkowy, energetyczny kawałek jest jednym z najmocniejszych punktów tego albumu, swoistym hymnem dla ludzi w moim wieku. Czad.

W bluesowej tradycji utarły się utwory, w których główny bohater (przeważnie sam artysta) rusza z domu w wielki Świat i na swojej drodze spotyka diabła, któremu sprzedaje duszę, aby być sławnym muzykiem. Tyle, że motyw ten eksploatowany jest w Stanach, skąd wywodzi się blues i dziw bierze, gdy uświadomi się, że w naszym kraju żaden szanujący się bluesman nie nagrał takiego utworu! Do teraz! A żeby było ciekawiej, w utworze „Ki czort” gościnnie usłyszymy Adama „Nergala” Darskiego – chyba wszyscy domyślacie się, w jakiej roli.

Po mocnym wstępnie, na ochłodę otrzymujemy trzy utwory, które wprowadzają nas w nastrój nostalgii, zadumy. Zwalniamy przy „Ultimo”, nastrajamy się przy „Psychopomp”, aby przejść do kulminacyjnej „Czarnej Madonny”. I to nie takiej Madonny, a jakiej w tej chwili pomyśleliście.

Ten album jest zdecydowanie cięższy od poprzednika. Teksty są jeszcze bardziej osobiste, dotykające różnych tematów, w tym i tak oklepanych jak miłość czy śmierć, a jednak podanych w taki sposób, że wprawiają w osłupienie. Organek bawi się językiem polskim, tworzy wieloznaczne teksty, ale nie popada przy tym w grafomanię. Jestem przekonany, że każdy, kto usłyszy „Czarną Madonnę” i zrozumie jej przekaz, długo nie będzie potrafił się po niej otrząsnąć.

Na zakończenie wrócę do konkluzji ze wstępu.

Tacy ludzie nie biorą się znikąd.

I nigdy nie odejdą w zapomnienie.

 

%d bloggers like this: