[recenzja] Tasha Suri „Cesarstwo Piasku”

Jakiś czas temu brałem udział w dyskusji, której tematem był podział literatury na bardziej „kobiecą” i bardziej „męską”.  Pomimo różnic zdań w jednym byliśmy wszyscy zgodni – książek ukierunkowanych na płeć piękną wychodzi w dzisiejszych czasach zdecydowanie więcej, niezależnie od tematyki. Dlaczego o tym wspominam?

Dlatego, że po raz kolejny do moich rąk trafiła nowość powiązana z fantastyką i po raz kolejny była to powieść, w której emocje, uczucia, relacje dwojga ludzi wiodły prym. A to właśnie główne cechy brane pod uwagę przy doborze grupy docelowej odbiorców.  Tak między nami, dawno nie miałem do czynienia z tak… romantyczną odmianą fantasy. Ale może po kolei.

Debiut Tashy Suri „Cesarstwo piasku” jest pierwszym tomem dłuższego cyklu w autorskim uniwersum.  Mocno inspirowany wschodem, (co też powoli staje się coraz bardziej popularne) zabiera nas w podróż na cesarską pustynie, gdzie pośród duchów Dewa, rytuałów, plemion i snów bogów będziemy śledzić losy Mehr – kobiety pochodzącej z plemienia Amrithi, jednak trzymanej „pod kloszem” ojca gubernatora.

Nasza bohaterka nie ma łatwego życia – musi borykać się z macochą, ukrywać swoje pochodzenia, a na dodatek znajduje się pod ciągłą obserwacją. Pewnego dnia wszystko się zmienia, ale bynajmniej nie na lepsze. Po kolejnej burzy jej ukryte umiejętności wychodzą na jaw. Ściąga tym uwagę ludzi Cesarza, a jedynym ratunkiem okazuje się być małżeństwo z obcym mężczyzną. Zostaje zmuszona do poślubienia przedstawiciela tak znienawidzonej przez jej ród religii, który dodatkowo okazał się niewolnikiem kapłanów.  I tu zaczynają się schody – podróż przez pustynie, życie w świątyni, intrygi, niewolnictwo oraz zdrady odbijają się na jej postrzeganiu świata. Z kolei pod tym wszystkim mamy też miłość, przyjaźń oraz oddanie dające jej nadzieję. Brzmi troszkę jak w klasykach rodem z Harlequin? Po części „Cesarstwo piasku” takie jest.

Na szczęście od typowego wyciskacza łez ratuje je wykreowany świat. Zarówno plemiona i Cesarstwo, motywy religijne, rytualne tańce czy same Dewa stworzono z niesamowitym rozmachem. Niby człowiek ma świadomość, że każdą z tych rzeczy już widział, ale w książce zostały tak zręcznie zmiksowane, odświeżone i podane w nietypowy sposób, że aż przyjemnie było się zanurzyć w lekturze. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu pomysł o snach bogów, którzy przez to kreowali świat. Odkrycie przez człowieka sposobu by na nie wpływać, kontrolować, a zarazem uniknąć kary powala z nóg.

Nie zmienia to jednak faktu, że przez większą ilość stron to walka uczuć i myśli naszej Mehr. Sama bohaterka jest specyficzna – z jednej strony wydaje się nie do końca dojrzała jak na swój wiek, a z drugiej twarda i gotowa na każde poświęcenie. Da się jednak ją lubić. Z kolei jej mąż z przymusu to równie ciekawa postać, ale w książce służy bardziej za dodatek. No i wspomniani przeze mnie kapłani. W szczególności Maha, główna zła postać. Jest najciekawszym z bohaterów, pomimo drzemiącego w jego duszy mroku.

Podsumowując: książka może wzbudzić zachwyt wśród osób lubujących się w romantycznych historiach. Może się spodobać fanom „światotworzenia” oraz pięknych opisów. Wreszcie – przypadnie do gustu miłośnikom wschodu oraz dużej dawki emocji. Jednak, jeśli ktoś szuka przygody, walk, akcji czy intryg – srogo się zawiedzie. Mimo to, polecam ją z czystym sumieniem; jest kolejnym przykładem dobrze wykonanej fantastyki skrzyżowanej z romansem. Czasami warto wejść w historię z „happy endem”.  Tak po prostu, żeby kończąc lekturę westchnąć, zmrużyć oczy i przytulić okładkę ze świadomością, że prawdziwie czysta miłość istnieje.

 

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny