Strona główna Festiwale, koncerty, wydarzenia Naładowani nostalgią. The Offspring i Simple Plan przypomnieli, jak brzmiała młodość lat...

Naładowani nostalgią. The Offspring i Simple Plan przypomnieli, jak brzmiała młodość lat 2000 

Każdy, kto w młodzieńczych latach wgapiał się w kolorowe teledyski i wchłaniał każdy buntowniczy dźwięk wychodzący z kanału MTV, mógł wczoraj poczuć, że znów ma naście lat. Napędzani siłą nostalgii i dobrym, punk rockowym i pop-punkowym brzmieniem rozbujali Atlas Arenę. The Offspring pokazali, że nawet z biegiem lat nie są tylko pretty fly, a Simple Plan, że nie muszą przepraszać, że nie są idealni.  

The Offspring nie mogło wybrać lepszego special guesta. Razem stworzyli świetne, energetyczne combo napędzane nostalgią, ikonicznymi riffami i tekstami wykutymi na pamięć przez każdego fana. Kto nigdy nie zaszlochał, gdy Pierr Bouvier śpiewa swoje „Sorry I can’t be perfect”? Kto dał się oprzeć ikonicznemu „Pretty Fly (For A White Guy)” i jego „Give it to me baby, uh huh, uh huh”? Przyznajcie się, właśnie to zanuciliście. I choć już dawno za nami lata 90, gdy wychodziła płyta „Smash” i „Americana” od The Offspring, i początek lat 2000, gdy Simple Plan wydali swój najlepszy, debiutancki album „No Pads, No Helmets…Just Balls”, a kawałki The Offspring wciąż leciały dniami i nocami w MTV, tak przekaz i energia pozostają niezmienne i tak bardzo potrzebne – szaleństwo publiki było tego najlepszym dowodem.  

Simple Plan weszli na scenę zaraz po charakterystycznym intro z Gwiezdnych Wojen i zaczęli od „I’d Do Anything” – skocznego w warstwie muzycznej i emocjonalnego pod względem tekstu,  by zaraz przejść do równie żwawego „Shut Up!”. Wyśpiewanie refrenu tego kawałka w odpowiednim tempie to nie lada wyzwanie w koncertowych okolicznościach, zwyczajnie człowiek nie wie, kiedy wziąć powietrze na koleje zdanie. A żeby wydusić do cna publikę, wlatuje „Jump” i po zachęcie zespołu zaczyna się skakanie w rytm gitar i perkusji.  

Jeszcze nie zwalniamy tempa przy „Jet Lag”, następuje to dopiero przy „Addicted”, utworze z debiutanckiej płyty, zaczynając krótkie pasmo balladowe o nieszczęśliwej miłości, do pary z „Your Love is a Lie”. „Nothing Changes” to kolei świeżutki utwór z tego roku,  będący refleksją i pewnym podsumowaniem 25 lat kariery Simple Plan, która była pełna wzlotów i upadków. Bo o ile przez wielu są darzeni wielką sympatią i sentymentem, tak mieli również wielu przeciwników przez swoje zbyt popowe, mainstreamowe brzmienie. To też kawałek o odnajdywaniu siebie w rollercoasterze życia i nieporzucaniu marzeń,  choć wiele to kosztuje. Po tym muzycznym wyznawaniu dostajemy jedne z większych hitów – „Welcome to my life” i długo utrzymujący się w mainstreamie letni kawałek „Summer Paradise” – dla wzmocnienia wakacyjnego klimatu podczas tej piosenki ekipa rzuciła w tłum wielkie dmuchane piłki plażowe.  

Simple Plan są w pewien sposób nieśmiertelni również dla fanów bajki „Scooby Doo”, do której stworzyli piosenkę śpiewaną w czołówce „What’s New Scooby Doo?” i która od lat jest stałym elementem w ich setliście. Trzyosobowa ekipa zespołu w przebraniach Scooby’ego i Freda latała po scenie i rozdawała koszulki, a jakże, z wyrzutni. Kolejny nostalgiczny moment tego wieczoru. Z euforii wyrywa wzruszające, ale i pełne nadziei „Where I Belong”,  by ostatecznie podeptać serducho ikonicznym „I’m Just a Kid” i utworem, który był na każdej playliście zranionego dzieciaka „Perfect”. Simple Plan wiedzą, co zrobić, by publika zapamiętała ich koncerty na długo, najpierw wydusili z nich wszystkie siły, a potem emocje.  

Przerwa między supportem, a gwiazdą wieczoru to zwykle niekomfortowy moment, trochę nie wiadomo, co ze sobą zrobić, szczególnie jeśli jest się gdzieś bliżej barierki. Wybici z muzycznego rytmu i fali energii fani czekają w nużącym nicnierobieniu, a każda minuta dłuży się w nieskończoność. Otóż,  nie tym razem! Ekipa The Offspring maksymalnie wypełniła ten czas różnymi aktywnościami. Goryl-maskotka rozbawiał publikę, korzystając z wyrzutni rozdawał koszulki, zachęcał do śpiewania „Take On  Me” grupy a-ha, która w pewnym momencie poleciała z głośników.  Przezabanwym momentem tej koncertowej pauzy były ujęcia na publiczność. Obsługa kamer szukała w tłumie fanów podobnych do Jack Sparrowa, The Rocka, czy tematycznie do White Guy’a,  pary całowały się podczas Kiss camów,  podczas Booty cam fani z chęcią trzęśli bioderkami, a jeden z nich pokazał nawet…cztery litery!  

Pauza minęła błyskawicznie i mogliśmy przejść do dania głównego – The Offspring. Ekran rozbłysł niebieskimi piorunami w rytm „Thunderstuck” od AC/DC, a na nim pojawił się elektryzujący szkielet, zapanował mrok, by za chwilę znów rozbłysnąć wiązkami energii, a z ciemności zaczęli wyłaniać się członkowie grupy – Dexter Holland, Todd Morse, Kevin „Noodles” Wasserman i świeży nabytek – Brandon Perzborn.  Charakterystyczny, orientalny riff i dźwięk przypominający dzwonki nie mógł zwiastować nic innego jak „Come Out And Play”. Potem rozbrzmiało „All I Want”, od którego nie jeden zaczynał swoją przygodę z gitarą.  „Want You Bad” przywitało nas kolorową, kreskówkową oprawą i szybkimi, mocnymi riffami. Już po tych trzech piosenkach dało się odczuć, że wszyscy uczestniczymy w czymś wyjątkowym, wracamy w przeszłość, ale nie trąci to myszką. Fani potrzebują tej nostalgii, powrotu do wspomnień, których The Offspring byli nieświadomymi towarzyszami.  

Z nowej płyty „Supercharged” usłyszeliśmy numer „Looking Out for #1”, który udowadnia, że ekipa z Kalifornii  stara się rozwijać swoje brzmienie i mimo nieco lżejszego brzmienia tego kawałka, pozostaje wierna swojemu punkowemu rodowodowi. Żywiołowe i rytmiczne „Hit That” poderwało publikę do podskoków. Światła zgasły w dźwiękach burzy, z mroku zaczęły majaczyć kształty napełniających się powietrzem dmuchanych szkieletów, a wszystko po to, by z impetem wejść w utwór „Hammerhead”. Oprawa świetlno-wizualna podczas koncertu była na naprawdę wysokim poziomie, trudno było skupić wzrok na tylko jednym elemencie, ale stworzyło to niesamowity klimat, utrzymany w estetyce albumu „Supercharged”.  

Chwilowa zmiana repertuaru i przeszliśmy przez muzyczne inspiracje muzyków z The Offspring Usłyszeliśmy m.in. charakterystyczne, ikoniczne dźwięki „Paranoid” od Black Sabath, skrócony wykon „Crazy Train” z solowego dorobku Osbourne’a, a także cover „I Wanna Be Sedated” grupy Ramones. Na minus fakt, że szybcikiem przelecieli po wspomnianych utworach, mogli wybrać dwa, ale wykonać je w całości.

Popisy Noodlesa na gitarze były przyjemnym akcentem wieczoru, a Brandon Perzborn zdecydowanie udźwignął rolę, jaką zespół powierzył mu w 2023 roku.  Koncert zwolnił w momencie, gdy Dexter Holland zasiadł do fortepianu, a dźwięki „Gone Away” w tej niezwykle intymnej i emocjonalnej wersji rozlały się po sali w towarzystwie zapalonych latarek. To jeden z ich nielicznych utworów, który nie ma w sobie ironii czy polityki, to szczere wyznanie bólu po stracie, i jak powiedział sam Holland to piosenka, która pozwoliła mu przejść przez te trudne emocje i stała się w pewien sposób hymnem dla wszystkich tych, którzy stracili kogoś bliskiego.  

Końcówka koncertu to już absolutna klasyka lat 90, która swoją grywalność na MTV ciągnęła z powodzeniem jeszcze w latach 00. „Why Don’t You Get a Job?” opakowane w graficzną estetykę znaną z albumu „Americana” rozbrzmiało z energią, w powietrzu zaczęły unosić się piłki plażowe, a tłum z mocą wyśpiewywał refren. Kolejny klasyk tej płyty „Pretty Fly (For a White Guy)”, energiczny, pełen ironii i budzący wspomnienia. Na ekranie mogliśmy zobaczyć tańczącego White Guy’a, a na scenie – jego dmuchane, pląsające wersje.  Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej oprawy tej kultowej piosenki. A „The Kids Aren’t Aleight” uderzyło mnie jeszcze z większą mocną niż na nagraniu studyjnym.  

A co na bis? „You’re Gonna Go Far, Kid” to już celebracja pełną gębą – gra świateł, wyrzutnie konfetti i „Dance, fucker, Dance” krzyczane chyba z każdego miejsca areny i pogo rozkręcone na środku płyty. The Offspring zakończyli występ, uwielbianym przez wielu i uznawanym za sztandarowy, utworem „Self Esteem” z albumu „Smash”, jednak w tym przypadku zamieniłabym kolejność tych piosenek, lub przerzuciła atrakcje na końcowy utwór. Małe czepialstwo, co nie zmienia faktu, że to, co wydarzyło się w Atlas Arenie było prawdziwym świętem, pełnym wspomnień, nostalgii i fantastycznej energii – zarówno zespołu, jak i tłumu, który oddał ją z nawiązką.   

Organizatorem wydarzenia było Live Nation Polska.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Exit mobile version
X
Notice: ob_end_flush(): Failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/wk2021/public_html/wp-includes/functions.php on line 5481