Kortez po kilku latach wydał nowy album pod dźwięcznym tytułem „naucz mnie tańczyć”. Po przesłuchaniu płyty uważam, że chyba nazwa nie jest trafiona. W dalszej części tekstu przeczytacie dlaczego.
Osiem piosenek, wrażliwych, melancholijnych, genialnie skomponowanych z typowym dla Korteza cudownym piano i nic poza tym.

Czy kupiłbym płytę? Zdecydowanie tylko wersje instrumentalną! Czekaliśmy kilka lat, na coś, co uważam, że jest niedopracowane. Mogłaby być lepsze? Możliwe! Wszystko zależy, czy to co otrzymaliśmy na krążku, to był zamysł twórczy i efekt końcowy, czy wprowadzenie do kolejnego już bardziej dopracowanego albumu. Niestety mam wrażenie, że to typowy bootleg, czyli nagranie wypuszczone bez zgody autora.
Wisienką na torcie jest kawałek „Mayday” gdy słyszymy „nie śpię i męczę się, też masz dość, widzę to, nie tego chce”, odzwierciedla moje uczucia po przesłuchaniu albumu.
Podczas słuchania, mam wrażenie, że album powinien nazywać się „naucz mnie śpiewać” lub po prostu dobrze korzystać z mikrofonu, bo kto jak nie Kortez śpiewać to on potrafi.
Jednie co broni jeszcze album, przed jego zakopaniem w głąb czarnej dziury wydawniczej to dwa naprawdę dobre kawałki, jakimi są „Znikam” oraz tytułowe „Naucz mnie tańczyć”. Tak, te utwory wyróżniają się na krążku.
Właśnie trwa trasa koncertowa promująca najnowsze wydawnictwo, mam nadzieje, że niedoróbki albumowe na koncercie nie będą tak widoczne, bo to naprawdę mega uzdolniony artysta.
Osobiście, bardzo cenie Korteza za poprzednie wydawnictwa, które często wracają do mojego odtwarzacza i z radością słucham jego utworów uznając je za doskonałe.
Spodziewałem się petardy, otrzymałem kapiszona. Boje się pomyśleć, co otrzymamy za kolejne 6 lat.