W muzyce dzieje się dużo, szczególnie tej niezależnej, gdzie nie stoją za plecami wielkie koncerny muzyczne, chcące „pomóc” artystom w każdy sposób. Z zapowiedzą tej płyty spotkałem się na jednym z koncertów zespołu Bisquit, kiedy zespół założył koszulki z tytułem albumu Zagi. Bardzo mnie wtedy zainteresował ten materiał, w końcu producentem muzycznym jest mój ulubiony gitarzysta Tomek „Serek” Krawczyk, znany przede wszystkim ze współpracy z Melą Koteluk i grający właśnie w zespole Bisqut, który uwielbiam. Współproducentem tej płyty jest również Robert Kurpisz – warto wygooglować sobie to nazwisko.
Krążek, jaki zaprezentowała nam Zagi, a dokładnie to Natalia Wójcik to 12 pop-rockowych piosenek wpadających raczej w Indie. Płytę słuchałem dość solidnie i bardzo uważnie. Pierwsze wrażenie – jest dobra. Z każdym kolejnym odsłuchem nie dostrzegłem tam innowacji, rewolucji, czy czegoś innego, czego szukam w muzyce, co mnie przyciągnie, zainteresuje, czy zatrzyma na dłużej przy tym albumie. Jest prosty, banalny, z dość płytkimi – prostymi tekstami. Głos Zagi jest ciekawy, niestety mało oryginalny, nie wpasowuje się w mój styl muzyczny.
Mimo wszystko czuć w tym pomysł, świeżośc, ale również już dawno przerobione przez wszystkich tematy. Miłość, radość, szczęscie, wzloty i upadki, te miłosne i życiowe. Teksty o wszystkim i o niczym.
Artystka śpiewa czysto, nie posiada w swoim głosie wad. Jest dobrze, ale jak wspomniałem wyżej nie ma rewolucji, jest natomiast ewolucja z tego, co tworzyła dotychczas. Mimo, że to nie jest debiutancki album, to będę trzymał kciuki, by okazał się bardziej wartościowym albumem i został zauważony, bo warto doceniać młodych artystów.
Ocena 3/6
