Na ulicach Białegostoku pojawiają się sukcesywnie ciała kobiet, które zginęły w podobnych okolicznościach. Miejsca odnalezienia ofiar są podobnie wystylizowane. Zaczyna się śledztwo prowadzone przez prokuratora Narwiańskiego i jego znajomą, dziennikarkę, która właśnie wróciła do rodzinnego miasta.

„Pochłonięte” to debiut literacki Martyny Bielskiej. Książka jest lekka w odbiorze, ma intrygującą fabułę, ponadto autorka zastosowała zabieg, który bardzo lubię w kryminałach, mianowicie motywem zbrodni nawiązała do przeszłości. Jednak chyba nie mogła się zdecydować, czy chodzi jej o historię miasta, losy Romów podczas II wojny światowej czy może zagadkę rodzinną, pewnie dlatego do treści zakradł się chaos. Niezłym pomysłem, ale znowu niedopracowanym, był opis miasta, jego zakamarków i uliczek.

Na dzisiejsze czasy powieść objętościowo jest niewielka i bardzo dobrze, nie każdy musi tworzyć cegły literackie, jednak kiedy chce się w takowej zamieścić i wątek kryminalny i kawałek historii, a do tego jeszcze odrobinę tematów obyczajowych, to któryś temat na tym niestety ucierpi. Dlatego też niepotrzebnie moim zdaniem, Bielska skupiała się na życiu prywatnym bohaterów, tu coś rzuciła, tam napomknęła i tak naprawdę straciła tylko miejsce, bo do powieści te fragmenty nie wnoszą niczego (sprawa jakiegoś Marcina i dziecka we Wrocławiu tam, eksżona tu). Niczemu to nie służyło, a zabierało miejsce. Za to zabrakło mi przybliżenia postaci ofiar, od czasu do czasu rzucone nazwisko i tyle w tej kwestii. Tym samym wątek śledztwa robił się o wiele mniej ciekawy, niż można było tego oczekiwać. Na plus zapisałabym zaś fragmenty dotyczące wspomnianego watka historii, ale tutaj także czułam, że temat można było bardziej rozwinąć. Rozwiązanie niby było, tylko jakoś tak wyskoczyło nie wiadomo skąd i też nie poczułam się nim usatysfakcjonowana, nie do końca przemawiały do mnie motywy, a co do modus operandi to rozwiązaniem nawet prokurator Narwiański nie był usatysfakcjonowany. Ponadto pewne wątki, na przykład naszyjnika, do końca nie zostały wyjaśnione, a to już ewidentnie Świadczy o nieodpracowaniu.

Początkowo język, jakim posługiwała się autorka, nawet mi odpowiadał, jednak im bliżej końca tym bardziej irytująco działały na mnie pewne zwroty. Duże partie „Pochłoniętych” napisane są w jak najbardziej prawidłowym stylu, od czasu do czasu męczyły mnie perełki typu: „usta przetarte od spodu” czy „głowa spowita w czarnych włosach do ramion”. Podobnych zwrotów nie było dużo, mimo to nie do końca rozumiałam, co pani Bielska ma na myśli.

Książka podzielona jest na rozdziały, a te na małe podrozdzialiki. Każdy z nich miał nadany tytuł sugerujący treść. Pozostawiam do oceny, czy to dobrze, czy niekoniecznie.

Trochę książkę skrytykowałam, jednak uważam, że jak na debiut „Pochłonięte” są całkiem niezłą powieścią kryminalną z oryginalnym wątkiem i ciekawymi postaciami pierwszoplanowymi, które wykazują tendencje rozwojowe. W moim  odczuciu pisarstwu Martyny Bielskiej potrzeba jeszcze trochę pracy, ale efekty mogą być bardzo ciekawe i chętnie sięgnę po kolejne jej tytuły, żeby przekonać się w jakim kierunku pisarka rozkręci się literacko.