Thank i ich „Thankology” [RECENZJA]

Gdy słuchanie boli.

Czy emocje potrafią boleć? Kiedy ostatni raz czułeś, czytelniku, ból? Thank ze swoją komplicją dotychczasowych dokonań Thankology spieszy udowodnić ci, że nie zawsze jesteś gotowy na wyjście ze strefy komfortu.

Istnieją zespoły, które swoje albumy przesyciły taką ilością emocji, że po wydaniu ich nie zostawała inna droga jak zmiana kursu. Tak było w przypadku świetnego Grey Britain Gallows, po którym to krążku Frank Carter, wokalista, odłączył się od zespołu, by podążać swoją drogą. Debiut Bullet For My Valentine The Poison był na tyle wyczerpującym wokalnie, że Matt Tucker, wokalista, przypłacił to operacją strun głosowych. Jednak w przypadku Thankology dostajemy trzecie rozwiązanie. Ten album niejako czyni tę krzywdę nam.

Jak sami o sobie piszą, ich muzyka to dzieło idiotów wykonywane przez geniuszy. Bo jak inaczej określić klawisze, których brzmienie oscyluje pomiędzy krytycznym błędem Windows 95, a dzieckiem sąsiada, które właśnie dostało swój pierwszy keyboard i póki co testuje poszczególne dźwięki. Testuje je tak długo i z taką zawziętością, że każdy akord wydaje się brzmieć wręcz w nieskończoność niejako drenując nasz mózg z jakiekolwiek nadziei na spokój. Tak właśnie zaczyna się Commemorative Coin, a to tylko jeden z elementów tej niepokojącej atmosfery albumu.

Punk charakteryzuje się sporą dysharmonią między melodią a wokalem. Wszelkie odłamy corowe pokazały, że z słuchacz niejednokrotnie nie ma pojęcia w jakim kierunku podąży muzyka. Jednak nawet osobom obytym w takich rejonach Thankology może sprawić niemałe zaskoczenie. Ten album potrafi być zadziwiająco rytmiczny. Pojęcie dance punku w tym przypadku sprawdza się wręcz doskonale. Będzie to jednak taniec po spożyciu naprawdę dużej ilości procentów, zarazem sprawdzający elastyczność naszych stawów.

Odwołanie z początku tekstu do Gallows i ich Grey Britain nie pojawia się tu też przypadkiem. Utwór two hour lunch brzmi niemal jak dziedzictwo Misery, gdyby Gallows sięgnęło po przesterowaną elektronikę i zdjęli trochę surowości ze swoich gitar.

Dlaczego ten album może boleć? Wokal nie ima się tu żadnych zasad. Chaotycznie balansując po skali od zwykłej melorecytacji aż do wrzasku, który ociera się niemal o zdarcie strun głosowych. Ściany gitarowych riffów, które uderzają w słuchacza i trwają długo bez żadnej zmiany. Klawisze, które mogą wybijać się wręcz na pierwszy plan jako coś skrajnie irytującego i wręcz niepasującego do całości. Perkusja, która chociażby w punching bag brzmi jakby zaraz miała się rozpaść od eksploatacji.

Ta płyta nie jest ani prosta ani przyjemna. Jest jednak ciekawą formą ekspresji zebranych emocji do których nie dotrzemy przy pierwszym czy drugim odtworzeniu, jednak one tam w nas tkwią. Ponoć rozwój zaczyna się po wyjściu ze strefy komfortu. Rozwińmy się więc i naciśnijmy play, by poznać Thankology.

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.