Blvck Hippie „If you feel alone at parties” [RECENZJA]

O brytyjskiej fali rocka, tylko tym razem z USA.

 

Każdy na swój sposób zderzył się z falą Brytyjczyków zalewających swoimi debiutami rock na początku lat dwutysięcznych. Dla wielu osób było to niejako przebudzenie muzyczne, dla niektórych to coś do czego wracają.

Próby przeniesienia tego zjawiska wychodzą różnie. Ilość czynników, które uległy od tamtego czasu zmianie dla wielu jest wystarczającym powodem, by zamiast tego sięgać po nowe albumy naszych ukochanych zespołów. Wówczas łatwiej znów zatonąć wśród dobrze znanych melodii poprzednich wydawnictw.

I wtedy wchodzą Blvck Hippie z Memphis ze swoim debiutem If you feel alone at parties. To co jednak wyróżnia tę płytę to swoisty hołd dla postaci z wcześniej wspomnianej fali. Z drugiej strony koncept niejakiej koncertowości – dostajemy nawet numer stylizowany na koncertowy. W dodatku czuć w albumie cudowne wyhamowanie z codzienności.

W post-pandemicznej rzeczywistości, gdzie dla części pojęcie imprezy zostaje wyłącznie encyklopedycznym hasłem pojawia się Josh Shaw. Zaprasza na imprezę, która toczy się bardziej pokątnie niż w centrum. Spowita papierosowym dymem, nostalgią za czymś pomiędzy nienazwanym a niezaznanym.

W ciągu jedenastu utworów, które składają się na około czterdzieści minutowy album stara się nas przekonać transparentnością emocji. To co słyszymy to nadal tematyka adolescencji i poczucia opuszczenia, braku wzorca. Nie jest to nowe odkrycie koła, jednak z łatwością można odnaleźć coś przykuwającego uwagę w tym materiale. Jest tu jakiś nie do końca wypowiedziany chaos.

Może to kwestia specyficznych efektów na wokalu, przez które można doznać wrażenia koncertowości, swoistego pogłosu, bądź odległości wokalisty. Straight to tv movies to pozorowany materiał live, który już na albumie brzmi bardzo kompetentnie. Zespół nie boi się zdecydowanego użycia gitary już w otwierającym Art. School. Jednak to dopiero przedsmak drogi w którą If you feel alone at parties nas zabiera.

 

 

Jak twierdzi sam zespół, album miał być środkiem wyrazu smutnych chłopców. Jednak bogactwo środków jak chociażby instrumenty dęte w July 5th pokazują, że ci konkretni smutni chłopcy nie podpierają tylko ściany, a chcą pokazać co w nich siedzi, robią to w sposób świadomy i z łatwością można odnaleźć się w tych emocjach.

 

 

W ostatnim czasie pojawiło się również nagranie live z występu zespołu w ramach projektu Audiotree. Dla każdego nieprzekonanego do wykonań z albumu polecam wypróbowanie wersji live. Materiał z indie rockowych rejonów potrafi chwytać wiele naleciałości gatunkowych – gitar z rejonów midwest emo, klimatów dyskotekowych mogących kojarzyć się chociażby z I’m not gonna teach your boyfriend how to dance with you zespołu Black Kids czy też klimatów około math rockowych w Bunkbed rozbudowując jeszcze bardziej chaotycznie już nieźle połamany utwór, a nawet rasowy krzyk w finale Last Words.

 

 

 

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny