Limp Bizkit „Still Sucks” [RECENZJA]

Album, który mimo obietnic, wcale nie ssie.

Jak powrócić do grania, po zdobyciu opinii ostatniego chama, który jedyną osobą jaką szanuje jest on sam? W jaki sposób zmazać niesmak po płycie, która była tak wsobna w zachwycie nad sobą, że przez to stawała się niemal asłuchalna, nawet dla fanów? Powitajcie Still sucks, nowy album Limp Bizkit, który próbuje zmierzyć się z tym niełatwym zadaniem.

Każdy kto jako tako zapoznawał się z „ostrzejszą” muzyką lat 2000 wie kim jest Fred Durst i jak się ten pan miał w zwyczaju zachowywać. Jego język potrafił być dłuższy niż daszek czapki. Ilość obrażonych osób ze sceny wzrastała proporcjonalnie do pomniejszającego się grona fanów. Dla niektórych również Gold Cobra, wydana już 12 lat temu, również było żartem. Nie dziwi więc cisza wydawnicza.

Zespół zaczął od pokazania nowego wizerunku wokalisty, Freda Dursta. Pozujący na tatuśka z sąsiedztwa porzucającego nastoletni bunt. Potem dostaliśmy pierwszy singiel Dad Vibes, który niejako obiecywał, że nowe wydawnictwo spod szyldu Limp Bizkit nie zawiedzie fanów, którzy jeszcze zostali. Jednak największym zaskoczeniem okazało się pytanie zespołu co wolą słuchacze, kolejny singiel, czy wydanie pełnoprawnego albumu. Fani niemalże jednogłośnie zażyczyli sobie albumu, na co zespół udostępnił go na streamingach w Halloween.

Taki zabieg powoduje, że mało kto zdążył mieć jakiekolwiek oczekiwania względem tej płyty. Minęło w końcu sporo czasu od złotej ery popularności i Behind blue eyes czy Take Look Around. Czy ten zespół ma jeszcze prawo bytu, czy utknął już na amen we własnych wspomnieniach popularności?

Pierwsze co cieszy, Fred z ekipą nie próbują stworzyć drugiego hitu pokroju Take Look Around. Album nie jest pozbawiony gitarowego uderzenia, czy agresywnej rapowej nawijki wokalisty. Mamy tu chociażby Barnacle, które może przywołać na myśl podkręconą Nirvane, czy Dirty Rotten Bizkit, które skitami w zestawieniu z riffami i beatboxem odwołuje się pięknie do przeszłości zespołu. Zaś Pill popper  potrafi naprawdę uderzyć prosto w twarz gitarą z pięknymi przesterami.

Gorzej jest z próbami stworzenia ballady. Don’t Change nie uwodzi w żaden sposób, wypadając dość płasko, Empty Hole podobnie. Goodbye zaś brzmi wyjątkowo punkpopowo i niestety tu nie brzmi to jak komplement.

Czy jednak nowy album Limp Bizkit jest faktycznie tak zły jak obiecuje tytułem? To zadziwiająco kompetentny powrót zespołu, który wydaje się wyciągnąć jakąś lekcję ze swoich potknięć, zarazem nie serwując fanom odgrzanego kotleta jadąc na koniu nostalgii. Jest funkowo, metalowo, potrafi być rapowo, wypchane jest to wszystko skitami niczym kanapka w subwayu. Still sukcs okazuje się ciekawym sposobem na powrót na scenę Limp Bizkit, pytanie tylko brzmi, czy tego nie schrzanią, jak to mieli w zwyczaju.

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.