[Recenzja Płyty] Madison Beer – „Life Support”

Madison Beer po wielu tułaczkach i walce o piosenki, które umieściła na swoim debiutanckim albumie, może się w końcu pochwalić wykonaniem zadania. Prawdopodobnie pierwsza płyta Beer zostałaby wydana dużo wcześniej, jednak podpisała ona kontrakt z wytwórnią Epic Records, która wielokrotnie przekładała premierę wydawnictwa. Droga była trudna. Był singiel „Hurts Like Hell” z Offsetem, było „Dear Society” – obie piosenki były zapowiadane jako „główny” singiel promujący „Life Support”, jednak żadna z nich nie pojawiła się na trackliście albumu. Czy dobrze? Moim zdaniem tak.

Płytę „Life Support” rozpoczyna jeden z czterech interludium – „The Beginning”. Traktuje to jako zaproszenie do świata Madison. Jeśli słuchamy albumu od początku do końca, zaraz po tym jest główny singiel promujący debiutancki krążek Madison – „Good In Goodbye”, które opowiada o toksycznej relacji Cause you’re toxic, boy I ain’t even gotta try to find the G-O-O-D in goodbye

Moim zdaniem i jak również po przeczytaniu wielu komentarzy odnośnie tego jak ta płyta siedzi osobom, które są ciekawi tego jak wygląda całokształt pracy artystki, jednym chórem mówią o interludium numer dwa „Default” jako o numerze, który mógłby i powinien być pełną piosenką, ponieważ ma ogromny potencjał. W momencie, gdy to interludium się zaczyna rozwijać…kończy się. Dlaczego???

No i w końcu po wielu zapowiedziach na instagramowych live’ach, po ponad roku od usłyszenia fragmentów najbardziej wyczekiwanego kawałka – „Follow the White Rabbit” dostajemy go w całości… i? Choć można powiedzieć, że od wielu miesięcy piosenka w połowie po złączeniu wszystkich fragmentów prezentowanych przez artystkę, jest znana, nadal uważam ją za jedną z najlepszych na tym krążku. Nie dzieje się w niej wiele, przez większość piosenki słyszymy „ah aaaah aaaaaaah”, które idealnie zlewa się z podkładem. Idealnie wyprodukowany nowoczesny pop.

Troszkę bardziej rozbudowane jest „Stay Numb & Carry On”, które brzmieniem przypomina wyżej wspomniany utwór. „I’ve become emotionless, my heart can’t help but wonder where the feeling is” może wynikać z tego, że Madison dusiła się w jakiejś relacji.

Kolejna najbardziej warta propozycja to „Blue”, która brzmi jakby była inspirowana płytą „Born to Die” Lany Del Rey. Mimo podobieństwa, singiel wyszedł naprawdę dobrze. Auto-tune na refrenie wcale w niczym nie przeszkadza. Przynajmniej mnie.

„Sour Times” było dla mnie pierwszą nowością, którą usłyszałem, ponieważ większość płyty Madison dużo wcześniej prezentowała w, jak wyżej wspomniałem, na swoich live na Instagramie. Refren tego numeru fajnie mi się skojarzył z przerwaniem czegoś „In these sour ti-i-i-i-imes, oh yeah” i tak właśnie dzieje się w tym numerze. „You hurtin’ me, do you think I’d want
To spend the night with you, Boy, take it easy, Won’t spend the night with you” – dla artystki nie ma mowy na spędzenie wspólnego czasu z drugą osobą z powodu zranienia w jakikolwiek sposób miała ona na myśli.

Płyta kończy się piękną, bolesną balladą „Everything Happens For a Reason”, w której artystka śpiewa o tym, że mimo zadanego bólu i silnego przeżywania emocjonalnego, nadal kocha osobę, którą ma w sercu.

Z moich przemyśleń pod względem lirycznym wynika, że choć nie wiem jak byśmy nie chcieli czuć tak silnej emocji jak miłość do osoby, do której nie powinniśmy, która jedynie co nam dała to ból, wewnętrzne rozdarcie, to ona jest w nas i nie mamy nad niej żadnej kontroli.

Nie wspomniałem o pozostałych singlach „BOYSHIT”, „Baby” czy „Stained Glass”, ponieważ uważam, że piosenki, które każda z osób, która po raz pierwszy usłyszała w całości resztę płyty są bardziej warte odsłuchania.

Debiutancki krążek Madison Beer jest jedną wielką opowieścią, całą historią o perypetiach związanych z relacją z drugą osobą. O rozgrzebywaniu, zrozumieniu swoich myśli, uczuć. Stąd też muzycznie wszystko jest do siebie podobne. Ale w koncept albumach już tak jest.

fot. Amber Asaly

Leave A Reply

Your email address will not be published.