25 sierpnia na ekrany kin trafił najnowszy film z udziałem Johnny’ego Deppa i Maïwenn „Kochanica króla Jeanne Du Barry”. Długo wyczekiwana produkcja zachwyca, choć nie jest bez wad.

Nowy projekt francuskiej aktorki i reżyserki Maïwenn przebył długą i wyboistą drogę na łamach prasy. Od kontrowersyjnego wyboru, jakim początkowo był wybór Johnny’ego Deppa do roli francuskiego króla Ludwika XV, po 7-minutowe owacje na stojąco podczas tegorocznej Gali Otwarcia Festiwalu Filmowego w Cannes. Wątpliwości związane z aktorem dotyczyły nie tylko toczącego się ponad rok temu procesu z jego byłą żoną, ale też kwestią językową, ze względu na francuskojęzyczną produkcję. Dla reżyserki filmu, jak i aktorki wcielającej się w tytułową rolę – Maïwenn obie te kwestie od początku nie miały znaczenia. Dla Johnny’ego Deppa posługiwanie się językiem Moliera to jednak nie pierwszyzna, przez niemal 20 lat był w związku z francuską piosenkarką i aktorką Vanessą Paradis, z którą mieszkał we Francji, a nawet ma na koncie małą acz znaczącą rolę w filmie „I żyli długo i szczęśliwie” (reż. Yvan Attal, 2006), gdzie wygłasza swoją kwestię nie inaczej jak… po francusku. Oczywiście niezależnie od długości lat spędzonych w danym kraju, nie sposób opanować jakikolwiek język na miarę króla, ale jak wiemy nawet z własnego podwórka, nie ma to największego znaczenia. I w tym przypadku, widać nawet francuscy autochtoni przyjęli akcent Johnny’ego Deppa za swój.

Przechodząc do treści, „Kochanica króla Jeanne Du Barry” opowiada o losach nisko urodzonej Jeanne Bécu, która staje się kurtyzaną Ludwika XV (Johnny Depp). W filmie poznajemy drogę jaką przeszła by stać się faworytą króla, a przy okazji największą zmorą Wersalu, po rychłe opuszczenie dworu w atmosferze skandalu.

Co trzeba przyznać, film bardzo dobrze się ogląda, zarówno fabularnie, jak i wizualnie się broni. Jednym z największych atutów „Kochanicy króla…” zdecydowanie są piękne, okazałe wnętrza prawdziwego Wersalu, ujęcia oraz zachwycające stroje (szeroko mówi się o współpracy domu mody Chanel przy tworzeniu kreacji na rzecz filmu). Aktorsko wyszło całkiem dobrze, Johnny Depp jako Ludwik XV oddał emocje zarówno znudzonego, jak i zaintrygowanego odważną Jeanne króla, który jest świadomy swojego położenia i napięć wśród swojej świty. Maïwenn zaprezentowała dosyć skrajne emocje, raz złość, raz smutek, ale jednak przez większość czasu ekranowego szeroki, kokieteryjny uśmiech, którym Jeanne Du Barry musiała jak najdłużej uwodzić króla by utrzymać pozycję na dworze. Role aktorów odbieram jako poprawne, choć nie zachwycające, ale dało się uwierzyć w prawdziwe uczucie jakie połączyło bohaterów. Na szczególne wyróżnienie zasługują natomiast Benjamin Lavernhe grającego La Borde’a, czyli najbliższego służbę Ludwika XV oraz Pauline Pollmann w roli Marii Antoniny, spisali się znakomicie.

Plusem filmu „Kochanica króla Jeanne Du Barry” jest również poruszenie wątku emancypacyjnego kobiety, która pragnęła żyć według własnych reguł. Jeanne Du Barry nie była zwykłą, kolejną kurtyzaną króla Francji, stała się ona faworytą, która miała nadzieję na poślubienie Ludwika XV. Rezolutna dziewczyna z biednego domu, która zdobyła wykształcenie, na dworze królewskim wprowadziła własny styl i porządki znacznie odbiegającymi od zasad przyjętych w Wersalu. Dodatkowo pokazanie niemal matczynej więzi między Jeanne a pasierbem dopełniło tragizm postaci.

Wadą produkcji jest powielenie przestarzałego stereotypu „brzydkiej siostry” wprost z disneyowskich bajek. Trzy córki Ludwika XV, które od początku są nieprzychylne Jeanne zostały pokazane jako nieatrakcyjne, kapryśne siostry nastawiające cały dwór przeciwko nowej kurtyzanie ojca. Mimo, że fakty historyczne potwierdzają wrogość mieszkańców Wersalu wobec Jeanne du Barry, to w filmie zabrakło punktu widzenia córek, które możliwe, że miały dość romansów ojca, zwłaszcza po niedawnej śmierci swojej matki (którą była nomen omen pochodząca z Polski Maria Leszczyńska).

Maïwenn podkreśla, że od kiedy zobaczyła „Marię Antoninę” Sofii Coppoli z 2006 roku, pragnęła nakręcić własny film kostiumowy o losach Jeanne Du Barry. Zachwyciła ją gra Asii Argento, która „kradła” każdą scenę i m.in. dlatego czuła niedosyt tej postaci na ekranie. Po wielu latach reżyserce i aktorce udało się spełnić marzenie, zapewniając sobie nie tylko możliwość zdjęć na terenie zachwycającego Wersalu, ale też znakomitą obsadę. Film jest wart wybrania się do kina, bo pomimo kilku potknięć, wciąż ogląda się go z przyjemnością i zaangażowaniem.