Nothing,nowhere. wystąpił w warszawskiej Proximie. [relacja]

Należę do grona osób, które na koncert ulubionego wykonawcy mogliby pójść wielokrotnie. Widziałam przynamniej kilka razy Nothing But Thieves, Bastille czy chociażby The 1975. A to nie wszystko!  3 grudnia mieliśmy okazję gościć nothing,nowhere. po raz 3 w Warszawie. Jak się domyślacie nie przegapiłam żadnego z występów. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że do trzech razy sztuka – tegoroczne wydarzenie zdecydowanie było tym, które na długo zostanie w mojej pamięci.

Jeszcze kilka godzin przed planowanym rozpoczęciem wydarzenia organizatorzy przekazali informację, że z powodu choroby na scenie nie pojawi się jeden z supportów – Sullii. Słyszałam o nim dużo dobrych rzeczy, więc uroniłam łezkę z powodu jego braku. Na szczęście drugi z nich dał z siebie wszystko! Choć z niewiadomych przyczyn nick guccihighwaters w mojej głowie przywoływał zupełnie odmienne wyobrażenie o twórcy, który po godzinie 20 pojawił się na deskach stołecznej Proximy, byłam pod ogromnym wrażeniem. Pod wrażeniem niesamowitego talentu, charyzmy i skromności jaka biła od artysty. Muszę przyznać, że nie zdążyłam się zbytnio osłuchać z jego muzyką, ale to, co zostało mi tego wieczoru przekazane, zdecydowanie zachęciło do dalszej eksploracji.

Kilka minut po 21 na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy po 2,5 letniej przerwie od ostatniego koncertu Joego w Polsce to to, jak bardzo się otworzył (nie tylko muzycznie!) i rozkwitł.  Niezwykle tak patrzeć na rozwój ulubionego twórcy.

Na setliście gościły głównie utwory z ostatniego albumu nothing,nowhere.Trauma Factory. Nie zabrakło jednak czegoś dla fanów starszych kawałków – mieliśmy okazję usłyszeć niezwykle nostalgiczne Clarity in Kerosene (moje ulubione od zawsze), letdown (przy którym uroniłam przysłowiową łezkę), czy wyśpiewanego na bis hammera.  Ogromny entuzjazm licznie przybyłej publiczności zebrały nowe single – CYAN1DE, M1SERY_SYNDROME i THIRST4VIOLENCE. Ta trójka to nieco mocniejsza odsłona artysty, zwiastująca najnowsze wydawnictwo (nad którym prace są ponoć już na ukończeniu!). n,n. zaprezentował również niepublikowaną świeżynkę, której tytuł niestety umknął mojej pamięci przez emocje.

Fani bardzo gorąco przyjęli występ Amerykanina. Świadczyła o tym akcja koncertowa, która wywołała oczekiwaną reakcję samego artysty. Wszyscy bawili się przednio, nie zabrakło wspólnego śpiewania, głośnych oklasków, czy nawet moshpitu! Choć artysta był dość oszczędny w słowach, czuć było świetną energię wytworzoną między nim (i całym zespołem) a publicznością.

Mogę śmiało stwierdzić, że każdy wyszedł z Proximy zadowolony. Równowaga i balans między lżejszymi, nieco bardziej nostalgicznymi utworami a piosenkami – bombami sprawiły, że wszyscy mogli odnaleźć tam cząstkę siebie. Osobiście nie mogę się doczekać na powrót. Oby do szybkiego zobaczenia, nothing,nowhere.!

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.