[Recenzja Płyty] KIWI – „Pętla”

Debiutancka płyta KIWI „Pętla” składa się z jedenastu utworów o różnorodnej tematyce,
która od dłuższego czasu kłębiła się w głowie artystki. „Pętla” jest zapisem jej myśli,
które notorycznie do niej wracają i też stąd pojawił się tytuł płyty. Każda jedna piosenka
to osobna historia, opowiedziana w hipnotycznej narracji, czarując słuchacza aksamitną i
oryginalną barwą głosu i fantastycznymi bitami.

Album otwiera „Intro”, w którym artystka przemawia głosem swoich myśli, zapraszając
jednocześnie do posłuchania jej historii, ale również przypomina o rzeczach, które wracają
do niej ciągle jak bumerang. Zaraz po nim wybrzmiewa pierwszy singiel, którym KIWI podzieliła
się ze światem. O tym utworze KIWI mówi tak:

„Namawiam w niej słuchacza do tańca, który jest bezkompromisowy, prawdziwy, bez wstydu i bez granic.
Można go rozumieć dosłownie lub też metaforycznie, jako zrzucenie z siebie codziennych niepokoi i
ograniczeń”

Poprzedni numer idealnie dopełnia kolejny na trackliście „Duch” – jeden z kilku singli, jednocześnie jest to najlepsza piosenka na płycie, a przynajmniej moim zdaniem. Taneczny bit z mega rytmicznym refrenem i enigmatycznym tekstem. Według mnie tytułowy „Duch” jest kimś w rodzaju osoby, do której artystka żywi silne uczucie, ale on nie zwraca na nią uwagi. Też wykrawa się wniosek, że nie trzeba znać drugiej osoby bardzo dobrze, aby móc ją pokochać – „Ja Ciebie dłużej kochałam niż Cię mogłam znać”.

A skoro już mowa o piosenkach, które najbardziej zrobiły na mnie wrażenie… to drugą taką jest subtelne „Sen”, zbudowane na pięknej aranżacji na pianinie. Wrażenie robi też mocny tekst „znam Was od lat, a czuję się jak niewolnik”. „Sen” jest też inną stroną pierwszej, długogrającej płyty KIWI, bo ona dzieli się na te bardziej nośne i skoczne jak najnowszy singiel „Pan Ten”, „Duch” czy „Monochrom”, ale także na minimalistyczne i akustyczne „Miły”, które jest miłe dla ucha kiedy chcemy się polenić, czy angielskie „Limits” – i tutaj akurat bardziej skłaniam się do polubienia tego utworu, (gdy mam na myśli anglojęzyczne kawałki) a „Disappear”, jednakże uważam, że każdy znajdzie na niej coś dla siebie, bo choć opowiadane historie są różne, to cała płyta jest jednością. W „Disappear” bardzo podoba mi się zmiana tempa bitu wraz ze zbliżeniem się końca utworu.

„To ty wyciągasz ze mnie kolor”, „Niewidzialną mową dławię się” – tak artystka śpiewa w piosence „Wyblakłe”, które jest zarówno w spokojnej tonacji, ale też podbudowane wciągającym bitem. W tym numerze KIWI i bracia Sarapata świetnie złączyli wszystko to, z czym słuchacz spotka się słuchając całego krążka. Przyznam, że omijałem ten numer, gdy przychodziło mi do pisania recenzji. Dlaczego? Myślę, że wcześniej nie wsłuchałem się w niego odpowiednio dobrze, a to świadczy o tym, że w tym zaledwie jedenasto utworowej płycie każdy w pewnym momencie może odkryć coś nowego i znaleźć miejsce dla swojego ucha.

Ważne i zauważalne jest to, że KIWI tekstowo pisze różnie – niektóre piosenki są dosłowne i jest bardzo łatwo je zrozumieć, ale także potrafi zostawić nutę tajemnicy i dać słuchaczom pole do popisu w interpretacji jej twórczości.

 

 

 

Leave A Reply

Your email address will not be published.