[Recenzja Płyty] Luna – „Nocne Zmory”

Po długim oczekiwaniu na świat wyszedł debiutancki album Luny o tytule „Nocne Zmory”. Swoją przygodę z muzyką na poważnie, artystka rozpoczęła 2018 roku, gdy podjęła się współpracy w projekcie wytwórni Kayax „My Name Is New” wydając tam single „Zastyga” oraz „Na wzgórzach niepokoju”. Pod koniec listopada 2020 roku, Luna rozpoczęła współpracę nad swoją autorską muzyką z Patrykiem Kumórem oraz Dominikiem Buczkowskim-Wojtaszkiem, czego owocem stał się pierwszy singiel „Zgaś”, który doprowadził ją do wydania pierwszej długogrającej płyty, na którą składa się 15 kompozycji. Wcześniej, w 2021 roku, Luna wydała anglojęzyczna Epkę „Caught In The Night”, którą promowały m.in. single „Blind” i „Melt Away”.

Czas na rozłożenie części płyty na czynniki pierwsze.

Płytę zaczyna „intro”, które wprowadza słuchacza w kosmiczny świat Luny, a po niej słychać jeden z singli „Mniej”, który został wydany na początku 2021 roku. O tym utworze artystka mówi tak:

„Mniej to opowieść o ciemnej, przytłaczającej miłości. To pełna niedopowiedzeń przewrotna rozmowa”. Ogromnym atutem Luny są teksty jej piosenek. Aby zrozumieć co artystka ma na myśli, trzeba wsłuchać się bardzo dokładnie, by móc zinterpretować jej utwory. Oczywiście, każdy może robić to po swojemu, co jest wskazane. Zero kiczu, sto procent artyzmu. W produkcji piosenek jak i całej płyty Lunie pomagali Patryk Kumór oraz Dominik Wojtaszek znani jako duet Hotel Torino i, którzy są odpowiedzialni za mnóstwo hitów z ostatnich kilku lat, które królują na listach przebojów komercyjnych stacji. Jeśli chodzi o Lunę – bardzo mnie to zaskakuje, niestety, negatywnie, że żadne single Luny nie są grane w największych stacjach radiowych, ponieważ one mają wielki potencjał. Produkcje utworów Luny wyróżniają się na tle tego, co na co dzień słychać w polskim popie. Artystka bawi się elektronicznym brzmieniem, ma swój własny, ustalony styl i trwa w nim przez cały krążek – bo jest to płyta spójna.

Pierwszą z nowości jest „Czerwień moich ust”, tak jak każda kolejna piosenka po niej i przed nią się idealnie ze sobą zazębiają, jak jedna wielka opowieść. Taka też jest debiutancka płyta Luny „Nocne Zmory”. W tym utworze artystka walczy ze swoimi demonami, ze swoimi myślami, wplatając w to sensualną muzykę, przy której można się powoli poruszać.

Choć singli było wiele i może okazać się to… błędem, bo 2/3 materiału przed premierą płyty zdołaliśmy poznać, to nagle, słuchając płyty od początku do końca, można poczuć jak te wszystkie piosenki, które są już znane, może i nie były wcześniej wielkimi hitami, ale płyta jako całokształt jest niezwykłym przedstawieniem. Nie słuchałem zbyt często singli, między innymi „Zgaś”, bo na początku mnie nie zachwycał, ale jeżeli słucham tego utworu wraz z płytą, odkrywam w nim coś nowego.

Druga nowość to przepiękna, spokojna, śliczna wręcz piosenka „Marznę”, która jest jednym z moich faworytów. Ma urzekający refren:

„gdybym tylko czuła to samo

zimą zasypiała bez łez

i gdybym była tylko jedną z nich

zostałabym i marzła dziś

gdybym mogła kłócić się z sobą

nosić inny kolor brwi

i gdybym miała tylko bliskie sny

zostałabym i marzła jak ty”

Luna zwraca bardzo uwagę na szczegóły, wszystkie możliwe, które ma w zasięgu swojego wzroku. Zagląda w głąb siebie i swoje emocje przedstawia w swoich tekstach. Słuchając tego, co ma do powiedzenia, czy właściwie zaśpiewania artystka, zdaję sobie sprawę jak to wszystko jest „jej”. Luna ma niezwykły talent do opowieści, czego dowodem są nie tylko pojedyncze utwory, które chwytają za serce, ale cały jej debiutancki krążek.

Niedługo przed premierą mogliśmy poznać najbardziej radiowy kawałek z „Nocnych Zmor” – „Nie budź mnie” – i to jest ten singiel, który powinien być grany notorycznie w polskich stacjach radiowych. Artystka w niej śpiewa o tym, że lepiej jej jest we śnie aniżeli na jawie. We śnie, artystce jest lżej, a na jawie „nie potrafi sama sobą być, ze sobą być”. Jest to naprawdę smutna piosenka, mówiąca o braku nadziei, ale takie myśli towarzyszą przecież każdemu człowiekowi i tu można poczuć historię uniwersalną, bez doszukiwania się, co dokładnie artysta miał na myśli.

Najbardziej radiowa już była, to teraz krótka opowieść o najbardziej wyróżniającej się piosence na płycie – „Chimera”. Jej budowa jest inna niż w poprzednich utworach – w refrenie jest mocna zabawa wokalem, który „połamany” przechodzi przez syntezatory. Zrobił on na mnie największe wrażenie. Można było w tym konkretnym kawałku jeszcze bardziej pobawić się brzmieniem i elektroniką, ale może to będzie mogłaby być robota dla DJ’ów? Numer godny konkretnych bangerów.

Jest „intro” to i nie mogło zabraknąć „outro”. Aż żałuję, że nie zrobiono z niego całej piosenki, bo przyznam szczerze – nie słyszałem, a przynajmniej nie w Polsce, lepszego zakończenia płyty.

Oryginalny wygląd, niecodzienne stylizacje, nietuzinkowe brzmienia i okryte tajemnicą teksty to wszystko, co składa się na projekt artystyczny „Luna”. Artystka pokazała na tej płycie, że wie, kim jest, czego chce i dlaczego w tym jest. Po udanej, anglojęzycznej Epce spodziewałem się, że Luna zaskoczy mnie na swoim polskim długogrającym debiucie jeszcze bardziej – i to się udało. Polski rynek muzyczny jest bogatszy o tę wspaniałą artystkę. Luno – oby tak dalej!

Leave A Reply

Your email address will not be published.