[Relacja] Neck Deep wystąpili w warszawskiej Proximie!

10 czerwca postawił fanów muzyki przed trudną decyzją. Jednego dnia w warszawie grali My Chemical Romance i Neck Deep, a w Krakowie Billy Talent. Przepraszam, agenci bookingowi, ale to niedorzeczne! Zwłaszcza, że wszystkie zespoły posiadają dość zbliżoną grupę odbiorców.

Jak nie trudno się domyślić,  w stolicy pop- punkowi Walijczycy (nie)stety przegrali z amerykańskimi Księciami Ciemności, jednak… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.  Bo wiecie, kiedy gracie swój pierwszy koncert w danym kraju, to chcielibyście zobaczyć salę wypełnioną po brzegi uśmiechniętymi twarzami fanów.   Przejdźmy jednak do początku…

Czekałam na ten moment chyba z osiem lat.  Niestety mam smutne wrażenie, że dla wielu artystów (całkiem sporej części tych, których słucham!) Europa kończy się na Niemczech. „No Daria, ale czemu narzekasz? Przecież zawsze możesz pojechać, to nie tak daleko” –  żeby to tylko było tak proste. Nie zawsze wyjazdy da się pogodzić z grafikiem w pracy i finansami. Kiedy jednak nadszedł wymarzony moment, plany pokrzyżowała pandemia. Finalnie występ Neck Deep był przekładany dwa razy, w międzyczasie z line-upu wypadli Boston Manor (LiveNation, dlaczego?) bez żadnej konkretnej informacji. Naprawdę zaczynałam wątpić, że to dojdzie do skutku..  ale wiecie co?

Największy Emo Band postanowił się reaktywować i wyruszyć w trasę. Właśnie wtedy. Zahaczając przy okazji o Warszawę. Wszyscy się cieszyli, bo to wielkie święto. No prawie wszyscy.  Było jedno małe ale.

Występy obu zespołów zostały zaplanowane na ten sam dzień. W tym samym mieście. I nagle się okazało, że prawie nikt nie słucha pop- punka. Nie wiem ile osób pojawiło się w Proximie, strzelałabym, że około 50 – 60. Czy mi o osobiście przeszkadzało? Nie, bo nade wszystko uwielbiam małe, kameralne koncerty. To wtedy dzieje się magia. I tego wieczora ewidentnie się zadziała.

Chodzicie na supporty? Ja już dawno przekonałam się, że warto. Kiedy na scenę weszli happydazeod razu poczułam ten vibe.  Wokalista Luke Bovill powiedział, że to jeden z ich pierwszych koncertów w Europie, ale  absolutnie nie było tego widać. Grupa wniosła ogromne pokłady dobrej energii. Kojarzycie te małe zagraniczne koncerty, gdy muzycy śpiewają wśród fanów? Kwartet z Edynburga zaserwował nam to w najlepszej postaci. W pewnym momencie frontman zszedł ze sceny i znalazł się wśród ludzi! Wytworzył w ten sposób niesamowitą więź z zebranymi.  Wykonał tak przynajmniej połowę piosenek, a na jednej z nich dołączył do niego gitarzysta. Coś pięknego. A ja zyskałam kolejny zespół, którego muzyka na pewno zagości u mnie na zapętleniu!

Główna gwiazda wieczoru zaczęła swój występ od najnowszego singla STFU, którym pokazała, że mimo wszystko będzie się działo. Chłopaki doskonale wiedzieli, że My Chem zrobili im konkurencję, jednak ani przez moment nie dało się odczuć tego w ich postawie. Profeska! Sami przyznali pomiędzy kolejnymi piosenkami, co było super kochane, że odwykli od grania dla tak małej publiczności, ale przypomina im to czasy, kiedy zaczynali z muzyką, kiedy grali swoje pierwsze koncerty . Mówili, że super to wspominają, bo małe wydarzenia mają swój niepowtarzalny klimat.

Byłam trochę zdziwiona, że na setliście znalazły się dosłownie 2 utwory z najnowszej płyty – Lowlife i When You Know. Przed drugim z nich (od razu zaznaczę, że kolejność wspominanych przeze mnie utworów jest przypadkowa, przez emocje nie zapamiętałam setlisty!) Ben Barlow zrobił krótki wstęp pytając, czy jest wśród nas ktoś, kto jest zakochany. Gdy zaczął śpiewać pierwsze słowa piosenki „Sunshine, we don’t belong here, we got no flowers to grow” dziewczyna stojąca obok mnie uklęknęła i oświadczyła się swojemu chłopakowi! Czy ja wspominałam już coś o koncertowej magii? No właśnie. Może niektórym wydawać się to głupiutkie i infantylne, ale muzyka ma naprawdę potężną moc.

Potem przyszła pora, jak zaśmiał się frontman, aby chłopak mógł „odwdzięczyć się uczuciami” swojej partnerce w rytmie niezwykle chwytliwego She’s a God. Interakcja z publicznością, której został podtykany mikrofon pod usta, podczas tej piosenki była niesamowita. Zespół zdecydowanie wie, jak rozkręcić dobrą imprezę! Ale…

Żeby nie było aż tak wesoło, żadna pop punkowa grupa nie może obejść się bez smutnych piosenek o złamanym sercu.  Walijczycy zaserwowali nam więc jeden z najbardziej znanych klasyków, czyli December (do którego mam bardzo sentymentalne podejście). Zaraz po nim usłyszeliśmy cudowny, choć jak sam Ben powiedział – nieco cheesy, love song A Part Of Me.

Bardzo na plus było zróżnicowanie setlisty, bo mogliśmy usłyszeć piosenki niemalże z przełomu 10-letniego istnienia grupy. Nie zabrakło ulubionych utworów, które wszyscy znają i kochają. No, ale jak tu nie kochać Neck Deep? Sam band warto też pochwalić za profesjonalizm, bo pomimo słabej frekwencji dał z siebie 110%. Wielokrotnie zdarzało się gwiazdom przecież strzelać przysłowiowego „focha” i kończyć występ po kilku piosenkach. Tutaj otrzymaliśmy tyle samo, co na wypełnionej po brzegi sali we Francji czy Niemczech. Dlatego właśnie kocham tę społeczność. Kawałek Where Do We Go When We Go będę już niedługo mieć na zawsze na sobie jako pamiątkę tego wspaniałego dnia. Lubię sobie czasami nucić pod nosem, nieco ciszej niż wtedy na koncercie „pain pain, go away, come back another day„.

A In Bloom wyśpiewane na sam koniec było chyba najlepszym bisem, jaki mogłam sobie wymarzyć!

Mam nadzieję, że chłopaki wrócą niedługo, tak jak obiecywali.

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny