[Recenzja książki] Anna Kańtoch „Jesień zapomnianych”

Pierwsze, co nasuwa mi się po lekturze „Jesieni Zapomnianych” to myśl, że zabieg Anny Kańtoch, aby w trylogii o Krystynie Lesińskiej zastosować chronologię wsteczną, był oryginalny. Jeszcze z takim doświadczeniem nie miałam kontaktu, ale wyszło ciekawie i atrakcyjnie. Autorka sprawnie poradziła sobie z przedstawieniem młodej bohaterki i przyznam, że w jej charakterystyce wszystko mi pasowało i obyło się bez zgrzytów. Owszem, Kańtoch przedstawiła tu trochę inna osobę, niż ta, którą poznałam w  poprzednich częściach, mniej charakterystyczną, mniej wyrazistą, słabiej ukształtowaną, ale pasującą mi do młodej dziewczyny wkraczającej dopiero w życie, trochę naiwnej, bez życiowego doświadczenia i bez charyzmy.

Jeśli chodzi o treść to tak jak w poprzednich częściach trylogii pojawiają się dwa wątki, jeden to samobójstwa młodych mężczyzn, które naszej bohaterce wyglądają na morderstwa i drugi, przewijający się przez poprzednie tomy, czyli zaginięcie Romana, jej brata. Początkowo bardzo powolna akcja, wolniejsza niż w poprzednich książkach, nabiera tempa, wątki się rozwijają, wyłania zupełnie nowy obraz sytuacji i przede wszystkim nowe portrety co ważniejszych bohaterów. Robi się oczywiście tak ciekawie, że nie ma możliwości odłożenia lektury na później. Motyw zbrodni był początkowo mało wyrazisty, ale po kolejnych rozdziałach zaczął wyłaniać się klarownie i sensownie. Trochę tylko brakowało mi wskazówek dla czytelnika, aby i ten mógł się zabawić i odgadnąć sprawcę czy motyw. W każdym razie ja nie dałam rady, nie miałam większych podejrzeń, owszem, częściowo ukierunkowałam się na jedna czy drugą osobę, ale bez przekonania, a potem bez żalu porzuciłam swoje hipotezy.

Drugi wątek książki, ten który przewija się przez całą trylogię, zaginięcie Romana, w „Jesieni…” jest częściowo wyjaśniony. I tutaj mam jedyny zarzut skierowany do autorki. Na podstawie poprzednich tomów wyciągnęłam wniosek, że Krystyna w późniejszych latach ciągle nie zna losów brata, szuka nie tylko jego, ale i przyczyn tatrzańskich wydarzeń. Tymczasem ta część sugeruje, że nasza bohaterka dowiedziała się po części, co stało się z Romanem. Czyli zaszwankowała mi tu troszeczkę chronologia.

Język, podobnie jak w całej trylogii, prosty, łatwy w odbiorze, bez zbędnych wulgaryzmów. Miejscami Kańtoch fajnie włącza gwarę śląską, jednak czyni to bardzo umiarkowanie, za co jestem jej wdzięczna, bo na dłuższą metę tak jest łatwo. Książkę czyta się szybko i przyjemnie, podobnie zresztą jak całą trylogię.

Na koniec dodam tylko, że tytuły sugerują plany na tom czwarty, zakończenie zaś temu trochę przeczy. Co nie znaczy, że gdyby taki się pojawił jako „Zima…” nie sięgnęłabym po niego. Cóż, tak dobrze bawiłam się czytając dotychczasowe trzy tomy, że miałaby nadzieję na dalsza dobrą lekturę, a Kańtoch potrafi tak rozwinąć niepozorny wątek, iż ciekawość wbija w fotel. Polecam gorąco.

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie opublikowany i widoczny