Recenzja: Marie – Babyhands

Ten album męczy mnie już od premiery. Posiadam bardzo mieszane uczucia, względem głosu oraz tematyki krążka.

Absolutnie nie można powiedzieć, że omawiana dziś płyta jest kiepska. Zaskoczyła mnie melodyjnością, a przede wszystkim tekstami, które przy głosie Marie można traktować jako prześmiewcze i poniekąd tak jest.

Artystkę poznałem na platformie tik tok. Tam moim pierwszym wrażeniem było, kto to jest taki creepy. Okazała się nią Julita Maria Kusy, kryjąca się pod pseudonimem Marie.

Po bardzo dużej ilości singli, w końcu mogliśmy ujrzeć pierwszy album długogrający „Babyhands”. (recenzje znajdują się u nas a stronie)

Płyta jest bardzo energetyczna, lekka i kompozycje w większości piosenek są bardzo melodyjne i wpadające w ucho. Teksty, które opowiadają o miłości, zdradzie i seksualności, są zazwyczaj przemyślane i bardzo doprecyzowane.  Aczkolwiek przekleństwa w wersji Marie brzmią jak brzydkie słowa pięciolatki, która dopiero próbuje swoich sił w tej tematyce.

Piosenkarka niczego nie próbuje na płycie, bo widać, że album jest przemyślany i może się podobać.

Płytę należy traktować z przymrużeniem oka, wiem, że nie przypasuje każdemu. Mi wystarczyło przesłuchanie albumu jeden razi i pewnie nie wrócę już do niego. Nie jestem odbiorcą wiekowym, ale bardzo doceniam ilość pracy, jakie Julita włożyła w ten krążęk.

 

 

Leave A Reply

Your email address will not be published.