[Recenzja Płyty] Florence and the Machine – „Dance Fever”

Każda premiera kolejnej płyty brytyjskiego zespołu to święto dla branży muzycznej. Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że Florence i jej kompani nie mają antyfanów, wrogów itd… a media zazwyczaj pozytywnie wyrażają się w stosunku do jej każdej premiery. Florence and the Machine od wielu lat mają w Polsce prężnie rozwijający się fanklub. Dowodem na to jest choćby jej każdy koncert na największych festiwalach w Polsce. Nic zatem dziwnego, że Florence chętnie wraca do nas. Ona sama wie, że ma u nas niezwykle wierne grono odbiorców. Wielu z nich zawarło dzięki muzyce Florence przyjaźnie.

Tytuł płyty niekoniecznie sugeruje to, co możemy na niej znaleźć

„Dance Fever” – nie dajcie się zmylić tytułowi. Wbrew pozorom – ta płyta… nie jest taneczna. Do takich utworów można zaliczyć singlowe „My Love”, które na początku było po prostu wierszem. Doczekało się kilku remixów, dzięki którym może być grana w imprezowych klubach w tegoroczne wakacje. „Cassandra”, najlepsza piosenka na całym krążku, właściwie chyba też najbardziej „florensowa” ciagle buduje napięcie kawałek po kawałku. Do top 3 dodałbym jeszcze „Choreomania”. Jej początek
przypomina dokonania z płyty „Lungs” zdaniem większości fanów Flo, najlepszą płytą w dorobku artystki.

Nowi współkompozytorzy w brzmieniu zespołu

Jednym z producentów płyty jest Jack Antonoff, który współpracował przy takich płytach jak wysoko oceniana „Norman Fucking Rockwell!” Lany Del Rey, czy „Melodrama” Lorde. Słuchacze alternatywnej muzyki po jakimś czasie zauważyli, że co za dużo to nie zdrowo i produkcje Antonoffa tracą na jakości. Bałem się tego, jak dowiedziałem się, że został producentem nowej płyty Florence and the Machine, ale niepotrzebnie. Jack naprawdę dał radę! Po za tym jest też kilku innych producentów, którzy dopieścili utwory znajdujące się na krążku.

Piątą płytę bandu słucha się jak otwartą księgę, od strony pierwszej do ostatniej. Specjalnie nie zacznę od początku, bo bardziej zaskakuje mnie jej koniec. „Morning Elvis” to kompozycja jakiej bym się od Florence nie spodziewał. To idealny utwór na zakończenie tej płyty. Z tracklisty lepszego po prostu nie ma. Na pozostałych płytach zespołu również nie słyszę tak dobrej końcówki. Brzmienie „Porannego Elvisa” pozostawia we mnie pozytywne skojarzenia i taką szczerą chęć do powrotu do tej płyty.

Replay, replay, replay

Eklektyczna, ale niezwykle spójna. Tak bym podsumował „Dance Fever”. Najnowszy album zespołu jest według mnie, lepszy od „How Big How Blue How Beautiful” i „High As Hope”. Słychać w niej wpływy ich debiutu „Lungs”. U Florence cały czas zaskakują mnie jej poetyckie teksty. Jest także mistrzynią chórków w swoich autorskich utworach. Od jej debiutu, Florence konsekwentnie pokazuje, co jest jej największą siłą.

spot_imgspot_img

Subscribe

Related articles

Harry Styles zaprezentował teledysk do „Coming Up Roses”.

Harry Styles znowu tańczy. Artysta udostępnił teledysk do "Coming...

Fontaines D.C. łączy siły z Rosalíą. Premiera utworu „Where Is Gone?”.

Poznaliśmy kolejny singiel z nadchodzącej płyty Fontaines D.C. "Dopamine...

Recenzja: Half Light – „ColorCode”. Każdy kolor ma swój dźwięk

Czy muzykę można opisać kolorami? Half Light na płycie...

„Królestwo” – premiera płyty ShataQS z udziałem Leszka Możdżera. Trasa koncertowa

Nie tworzę wyłącznie po to, aby muzyka dostarczała przyjemnych...

Kinowe premiery września

Wrzesień 2026 przyniesie sporo wyczekiwanych premier kinowych. Nie zabraknie...
spot_imgspot_img