Wywiad: Nie znajdziesz jej na Wikipedii – Karolina Tuz

Pewnie Państwo przyzwyczaili się i dobrze wiedzą, że nie jesteśmy łasi na pieniądze producentów i menadżerów, i interesują nas artyści spoza kręgu „nowa Barbie, jej zasób słów i 3 banalne akordy”. Tej artystki nie znajdą Państwo ani na Wikipedii, ani na pierwszych stronach kolorowych czasopism, ani w neo PRL-owskiej, współczesnej nam telewizji. W tej na pewno nie. O tym jak żyje się wykształconemu muzykowi w niszy rozmawiam z Karoliną i Włodkiem Tuz.

PL: Śledzę fanpage Karoliny na Facebooku. Wygląda na to, że przeszliście na tryb home office zanim to stało się powszechne. Nagrywacie głównie w domu, tak?

Rzeczywiście, aktualnie nagrywamy głównie w domu, z małymi wyjątkami. Te małe wyjątki dotyczą sytuacji, kiedy już skończą się nam możliwości techniczne i po prostu nie da się czegoś domową metodą zarejestrować, wtedy to wynurzamy się z naszej cudownej przystani [śmiech]. Ale nie zawsze tak było. A zaczęło się tak… W czasie nagrywania płyty „Pola lawendowe”, czyli już jakieś ponad 10 lat temu, poznaliśmy się z niezwykłym muzykiem i realizatorem, Marcinem Samarzewskim. Marcin pracował w studiu w Lesznie Wielkopolskim i do niego między innymi jeździliśmy nagrywać część materiału, najpierw z chłopakami z zespołu, bo jeszcze coś trzeba było nagrać, potem już ja sama jeździłam do Leszna. To był niezwykle twórczy czas dla mnie. Razem z Marcinem siedzieliśmy nad moimi nagraniami, wybieraliśmy najlepsze ślady z przysłowiowego miliona nagranych ścieżek. Ale przede wszystkim były to niezliczone godziny spędzone na rozmowach o muzyce, czasami o życiu, o graniu, obserwowałam pracę Marcina przy komputerze. Płyta oczywiście powstała, ale nasza współpraca trwała, bo nagrywałam na przestrzeni tych wszystkich lat kolejne piosenki. Jeżdżąc tak te 100 km do Leszna bardzo często, bo pracy przy każdej piosence jest naprawdę sporo, gdzieś między wierszami Marcin wspominał, że przecież mogę sobie to sama nagrywać. Ja mu na to, że absolutnie się do tego nie nadaję. Marcin znowu przy jakiejś kolejnej okazji nagraniowej zachęcał, ja jak zwykle, że nie… Kilka lat temu, przy okazji nagrywaniu piosenki „Hymn małego państwa”, odbyliśmy z Marcinem podobną rozmowę, aby jednak próbować samej rejestrować swoje rzeczy. I wtedy, podczas tej rozmowy dotarło nagle do mnie, że faktycznie, mogę sobie sama nagrywać [śmiech]. W drodze do domu już rozmawialiśmy z Włodkiem (często rozmawiamy przez telefon przy moich powrotach ze studia, bo koniecznie muszę się podzielić na gorąco wszystkimi fantastycznymi rzeczami z Włodkiem), że chcę, żebyśmy kupili sprzęt do nagrań, bo ja będę już teraz sama sobie nagrywać swoje piosenki. Włodek na to: ok, kupujemy [śmiech] No i zaczęliśmy kompletować niezbędny sprzęt. Pierwszym nagrywanym przez nas instrumentem był flet, wtedy przy nagraniu pomógł nam jeszcze nasz akordeonista Mateusz Pęciak. Do kolejnej piosenki nagrywałam już sama swoje wokale. Potem było tylko z górki  [śmiech]. Perkusjonalia, gitary, kontrabas, akordeon, i wszystko inne, na co nam tylko przyszła ochota aranżacyjna.  Nasz dom właściwie przemienia się na czas nagrań w studio, czasami konstrukcje dźwiękochłonne stoją dłuższy czas, bo może zdarzy się okazja, żeby coś jeszcze nagrać. Podział obowiązków mamy ścisły z Włodkiem, on ustawia mikrofony przy instrumentach, ja obsługuję komputer. Działa nam to niezawodnie [śmiech]. Muszę też wspomnieć tu o absolutnie wyjątkowym Tomku Karmińskim, z którym nieustannie toczymy dyskusje aranżacyjno – nagraniowo – wszelkie inne i który, prócz fantastycznego grania na gitarze, ma niezwykłą umiejętność – ogarnia różne sprzęty nagraniowe. Bez jego pomocy często ani rusz.

PL: Czy udaje się zachować dystans do muzyki będąc człowiekiem orkiestrą – piosenkopisarzami, aranżerami, producentami i… twórczym małżeństwem?

Hmm… Mogłabym zapytać: Dystans? U nas? Chyba się nie da, i mam wrażenie, że nie jest nam potrzebny. Pewne rzeczy wypływają jedne z drugich, wszystkie sprawy domowo – pracowniczo – twórczo – dziecięco – każde przenikają się nie generując w moim odczuciu jakichś problemów. Wydaje mi się, że u nas działa znakomicie to, że każdy wie, co musi zrobić, obowiązki są przydzielone – jakoś tak się same przydzielają i… działa [śmiech].

PL: Oprócz tego pracujecie jak wszyscy śmiertelnicy.

Mamy fajną pracę [śmiech] Na co dzień pracujemy w szkołach muzycznych, ja uczę gry na fortepianie i prowadzę ukochane przeze mnie zespoły kameralne, Włodek uczy gry na flecie i zajęć teoretycznych. Oprócz tego wiele lat mieliśmy wielkie szczęście  pracować jako muzycy akompaniujący podczas różnych festiwali osób niepełnosprawnych na terenie całej Polski, ale też między innymi w Wałbrzychu i Szczawnie Zdroju. Graliśmy tutaj podczas Dolnośląskich Prezentacji Wokalnych Osób Niepełnosprawnych organizowanych przez Stowarzyszenie „Motyl”.

PL: Zanim spotkaliśmy się przed Waszym ostatnim koncercie w moim rodzinnym mieście, chyba ogólnie ostatnim koncercie, bo działo się to tuż przed zeszłorocznym zamknięciem świata na kłódkę, Włodek wspomniał, że macie doświadczenie w otwieraniu i zamykaniu różnych miejsc.

Tak [śmiech] trochę żartowałem [Włodek], ale rzeczywiście zdarzyło się kilka razy zagrać na ostatniej edycji jakiejś imprezy cyklicznej  [śmiech]. Oczywiście inauguracje również zaliczaliśmy. O ile wiem, to właśnie wałbrzyski koncert był inauguracją Sztygarówki jako przestrzeni koncertowej. Nasze dzieci pojechały wtedy z nami na ten koncert i były po prostu zachwycone Kopalnią! Nasz Kuba, po dokładnym obejrzeniu i wielokrotnym wjechaniu i zjechaniu przeszkloną windą, wrócił do domu, zrobił rysunek kawiarenki i windy i absolutnie domagał się powrotu do Sztygarówki. Oczywiście, że nas namówił [śmiech] Mamy w planach wrócić do Wałbrzycha i na spokojnie wszystko zwiedzić wraz z obowiązkową jazdą windą [śmiech] Koncert w Wałbrzychu był ostatnim publicznym występem przed pandemią. Potem zdążyliśmy pojechać jeszcze na wywiad do Marka Niedźwieckiego do Szklarskiej Poręby i… niestety wszystko zostało zamknięte.

PL: Wasza debiutancką płytą były „Pola lawendowe”, 2009 rok. Druga, wydana w rozpiętości czasowej godnej rekordzistów, jak Sade, świeża, bo zeszłoroczna „Nocodnie”. Bardzo literackie, kompletnie niesztampowe teksty, prawdziwe instrumenty, nieudawanie niczego. Bogactwo muzyczne, rzadko dzisiaj spotykane, więc i trudniejsze do rozpowszechniania, a w nielubianym przeze mnie żargonie „do sprzedania”. Umościliście już w swojej niszy, doszliście do tego, że nic nie musicie, czy może marzy Wam się światowa kariera „w Ameryce” [śmiech] ?

Z tą długą przerwą między jedną a drugą płytą sprawa miała się tak: w naszym życiu pojawił się najpierw syn Michał, potem Kuba. Postanowiliśmy zająć się wychowaniem naszych dzieci. Początkowo  wydawało nam się, że pół roku po urodzeniu Kuby  wrócimy do muzycznej działalności, jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zeszło nam dzięki temu kilka długich lat na twórczym nic-nierobieniu. Podejmowaliśmy oczywiście wspólnie z Włodkiem rozmowy, że przecież coś trzeba robić, trzeba na nowo zacząć, ja muszę skupić się na pisaniu nowych piosenek i na nagraniach oczekujących w kolejce utworów. W pewnym momencie przyszedł taki czas, że ja już bardzo tęskniłam do wspólnego grania, do spotkania się z kolegami z zespołu i poaranżowania czegoś. Pomału zaczęliśmy pracę nad nowymi utworami i z tego powstała epka „Nocodnie”.

Co do tekstów, to stanowią one bardzo ważny punkt w tworzeniu przeze mnie muzyki. Zawsze zaczynam pracę nad nowym utworem, od zadania sobie pytania – czy utożsamiam się z tym konkretnym tekstem? Czy rozumiem, o czym chciał powiedzieć i co chciał przekazać autor tekstu? Jeśli mam wątpliwości, kontaktuję się z twórcą, wyjaśniam zawiłości lub dogadujemy ewentualne zmiany w tekście – sama nigdy nie podejmuję się zmiany, mam takie poczucie, że tekst twórca napisał z samego środka siebie i wielkim nietaktem byłoby samemu zmieniać coś tak osobistego. A że teksty, czy moje piosenki są trudne i być może trudniejsze do sprzedania? No cóż, staram się nie skupiać na tym zbyt mocno. Jeśli do jakiejś pieśni sama jestem przekonana, to ją prezentuję bez wahania, myślę, że przekaz koncertowy jest tak jasny z mojej strony, że słuchacz raczej nie powinien mieć wątpliwości, o co mi chodziło. Nagrania też zawsze staram się zrobić bardzo szczegółowo, nie odpuszczam żadnej muzycznej rzeczy, która mnie nie przekonuje i w związku z tym mam nadzieję, że dokładnie oddaję to, co czuję muzycznie w danej piosence.

Jeśli chodzi o tak zwaną karierę, to niesamowicie cieszę się, że jest tak, jak teraz. Wiesz, w niszy byliśmy zawsze z tą moją muzyką, twórczość owa nijak nie chciała się zmieścić w jakieś ramy czy inne szufladki, i to jest właśnie piękne! Pomimo trudu tworzenia czegoś niezaszufladkowanego nigdzie indziej, mam pewność, że jestem niepowtarzalną sobą.

PL: Rozmawiałem ostatnio z rzeźbiarzem i zapytałem go o to co robi artysta w czasie pandemii. Odpowiedział, że pracuje. Robi to samo. Inaczej jest u muzyków, bo to zajęcie wiąże się mocno z bezpośrednim kontaktem, choćby na koncertach. Jak jest u Was? Tęsknicie za starym światem, czy odnajdujecie się w nowym?

Pandemia nie dotknęła nas w jakiś drastyczny sposób. Oczywiście odwołane zostały koncerty, które już mieliśmy zaplanowane. Kolejnych nie było sensu umawiać, więc nie było innego wyjścia, my musieliśmy się po prostu odnaleźć w nowym świecie i zechcieć zobaczyć inne – niekoniecznie gorsze – możliwości płynące z bycia w dużej mierze w domu i pracy wykonywanej zdalnie. Mogliśmy dzięki temu zaplanować sobie i porobić trochę zaległych nagrań, zwanych przez nas „pandemicznymi”, bo nagrania często były robione bez wcześniejszych spotkań na próbach. To zupełnie inna, niż dotychczas praca nad utworem, ale też fajna, wiele się można przy takiej pracy nauczyć. Szkoda bardzo, że tak długi czas nie można było grać koncertów, myślę, że jeśli czegoś nam brakuje, to jest to właśnie wspólne granie i kontakt z publicznością.

PL: Co będziecie robić za 10 lat? Jakie jest Wasze wymarzone miejsce w czasie i przestrzeni, również muzycznej?

Myślę, że nadal będziemy grać, bo ja niestety będę pisać te swoje niesztampowe piosenki [Karolina], a one będą się domagały wyjścia z szuflady [śmiech] Na pewno zdążymy nagrać jakąś nową płytę – a pomysł już jest i co najważniejsze – teksty do zaczerpnięcia też. Ponieważ oprócz grania, uwielbiam jazdę samochodem, to mam takie marzenie, aby wybrać się w bardzo długą podróż jadąc przez Włochy na sam dół, a potem wrócić do domu przejeżdżając całą Chorwację i inne kraje po drodze, na luzie, bez pośpiechu…

PL: Polecamy dzielnie prowadzony i aktualizowany na bieżąco, wspomniany fanpage Karolina Tuz. Gdzie można Was jeszcze posłuchać?

Właśnie kończymy dwie kolejne piosenki i mamy nadzieję przynajmniej jedną opublikować w maju. Kilka kolejnych jest w trakcie nagrań, więc w sieci na pewno już niedługo pojawi się coś nowego. No i zobaczymy, czy uda się gdzieś zagrać na żywo. Jakieś pierwsze rozmowy koncertowe prowadzimy. Do tego mamy plan w naszym ogródku zrobić scenę na mini koncerty. Zobaczymy, może się uda [śmiech].

 

 

https://www.facebook.com/karolinatuz.muzyk

https://www.instagram.com/karolina_tuz_muzyka/

 

.

 

Tutaj najnowsza, świąteczna piosenka z grudnia 2020r.

 

Leave A Reply

Your email address will not be published.

Notice: ob_end_flush(): failed to send buffer of zlib output compression (0) in /home/wk2021/public_html/wp-includes/functions.php on line 4979